Gdzieś między pierwszą a drugą falą pandemii dokonałem najlepszej inwestycji – odkupiłem od kolegi konsolę do gier. W ramach próby uwolnienia się od pracy w domu, mając ograniczone możliwości urlopowe, zanurzyłem się w wirtualne światy i powiem Wam, że tęskniłem za grami. Miałem na nie w ostatnich latach mniej czasu. Teraz nadrabiam i zachęcam Was do tego samego, lub w ogóle do rozpoczęcia przygody z grami komputerowymi/konsolowymi. Bo gry, jak niedawno seriale, weszły już do pierwszej ligi kultury.

Wiele czytałem przez lata o The Last of Us, jako o tej jednej z gier z najlepszą fabułą i klimatem. Tak się złożyło, że w zeszłym roku ukazała się druga część, a więc mogłem przeżyć tą historię niemalże ciągiem. I specjalnie używam tutaj słowa przeżyć, bo to coś więcej niż granie.

Pierwsza część zaczyna się w czasie wybuchu pandemii, jakiś grzyb powoduje agresję wśród ludzi, a potem robi z nich coś na kształt bezmyślnych zombie (grzyb istnieje naprawdę, ale atakuje głównie owady). W pierwszej scenie wcielamy się w dziewczynkę, która obudzona w nocy, szuka swojego ojca w domu. Okazuje się, że epidemia dotarła do ich miasta, muszą więc uciekać, co ciągle śledzimy z perspektywy dziewczynki. Aż w pewnym momencie bohaterowie spotykają żołnierza, który ma pilnować, aby nikt nie opuszczał skażonej strefy. Żołnierz strzela w naszym kierunku i jak się szybko okazuje zabija dziewczynkę.

Właściwa fabuła rozgrywa się 20 lat później z perspektywy ojca, który nadal żyje z traumą tamtych wydarzeń. I z różnych powodów musi przetransportować młodą dziewczynę przez całe Stany Zjednoczone. Gra opiera się na zagadkach, bieganiu, skradaniu się, strzelaniu, ale też obserwowaniu tego jak pomiędzy dwójką bohaterów rozwija się więź. I to w zasadzie ta więź robi grę, bo dialogi pomiędzy bohaterami są tak świetnie napisane i zagrane przez aktorów (polecam filmy zza kulis z aktorami), a toczą się niemalże non stop. Ta relacja jest tak poprowadzona, że dość łatwo jest nam w nią wsiąknąć i tym bardziej uderza w nas finał gry. Mocniej, niż mocny początek.

W drugiej części twórcy poszli o krok dalej i stawiają nas w sytuacji całkowicie nietypowej, której bliżej do eksperymentu społecznego. Zastosowany zabieg fabularny spowodował, że gra zbiera wszystko możliwe nagrody i świetne recenzje krytyków, ale wkurzeni gracze oceniają ją często bardzo negatywnie. Dlaczego?

Twórcy postanowili zacząć drugą część gry od podobnie tragicznego zdarzenia. Brutalny mord, nadaje tempa całej historii, a nam przychodzi poprowadzić najpierw bohaterkę związaną ze zmarłą postacią bezpośrednio, która dokonuje zemsty. A potem musimy… przejść całą historię z drugiej perspektywy i zrozumieć postacie, które braliśmy za śmiertelnych wrogów. I może na papierze wydaje się to takie proste to wcale takie nie jest, bo z każdą z postaci spędzamy dobre kilka godzin. Dla wielu graczy jest to nie do zaakceptowania. Wydaje mi się, że szczególnie w dzisiejszych czasach to jedna ważniejszych lekcji jakie może nam dawać popkultura – druga strona konfliktu też może mieć rację i dopóki tego nie zrozumiemy to będziemy – tutaj akurat bohaterki dosłownie – próbowali się pozabijać.

The Last of Us 1 i 2 to gry specyficzne, brutalne, emocjonalne, fabularne, dla zdecydowanie dojrzałego gracza lub graczki. To idealne gry, jeżeli chcecie sprawdzić to co powtarza wiele osób, że gry to już coś więcej niż tylko rozrywka.

HBO przygotowuje obecnie serial na podstawie gier The Last of Us. Ale będzie słabszy, bo tam będziemy tylko widzami, a gra pozwala nam fabułę przeżyć.

Default image
Sebastian Pypłacz
Redaktor naczelny Śląskiej Opinii. Wiceprezes stowarzyszenia BoMiasto. Członek zarządu Związku Górnośląskiego.