Żony ratowników górniczych czują żal po katastrofie w kopalni Pniówek. Odcięto je od informacji? JSW odpowiada na zarzuty

Po tym, jak w kopalni Pniówek doszło do katastrofy, a ratownicy górniczy zostali uwięzieni pod ziemią podczas akcji, ich żony miały zostać odcięte od informacji. Twierdzą, że o tym, co się dzieje, musiały dowiadywać się z mediów, zamiast od dyrekcji zakładu czy przedstawicieli Jastrzębskiej Spółki Węglowej. Nie ukrywają, że czują w związku z tym żal. Teraz JSW odpowiada na zarzuty.

Wszystko zaczęło się od wywiadu, którego dla TVN24 udzieliły żony ratowników górniczych, uwięzionych pod ziemią podczas akcji w kopalni Pniówek należącej do Jastrzębskiej Spółki Węglowej. Do katastrofy doszło pod koniec kwietnia i w jej wyniku zginęło 9 górników, a siedmiu ratowników wciąż nie udało się odnaleźć. Akcja jest wstrzymana do odwołania z uwagi na niebezpieczne warunki panujące w rejonie zdarzenia. Żony ratowników czują żal do przedstawicieli JSW oraz dyrekcji kopalni Pniówek, bo – jak twierdzą – podczas akcji zostały odcięte od informacji i o wszystkim dowiadywały się z mediów. „Dyrektor powiedział nam, żebyśmy sobie telewizję włączyły”, mówi jedna z kobiet. Skandaliczne zachowanie przedstawicieli zakładu przez dłuższy czas nie były komentowane, aż do teraz. We wtorek, 24 maja, zorganizowano briefing prasowy, na którym pojawili się zarządcy kopalni Pniówek: dyrektor Marian Zmarzły i dyrektor pracy Aleksander Szymura.

„Chcę zdementować pojawiające się w mediach informacje, że dyrekcja kopalni odsyłała do mediów, żeby sobie panie znalazły odpowiedź, co się dzieje z ich mężami. To jest nieprawda. Nigdy bym tak nie postąpił w stosunku do osób, które cierpią”, powiedział dyrektor Szymura. Podczas spotkania z dziennikarzami wyliczał, jak zarząd JSW i dyrekcja kopalni pomagały poszkodowanym oraz ich bliskim. Wspomniał między innymi o zapomogach, opłaceniu pochówków, pomocy psychologicznej i generalnym wsparciu, jakiego zakład miał udzielić rodzinom górników oraz ratowników. Podkreślał także, że w stu procentach wywiązał się z obowiązku przekazania najtragiczniejszych wieści tym, którzy w katastrofie w Pniówku stracili najbliższych. W przypadku ratowników górniczych, których nadal nie odnaleziono, sprawa – jak przekonywał – wygląda nieco inaczej.

„Ci pracownicy są traktowani jako dalej zatrudnieni w JSW na stanowiskach pracy. Są opłacani tak, jakby byli w pracy przez osiem godzin na stanowisku przez 31 dni w miesiącu. Oni są nadal pracownikami, są zatrudnieni w JSW i dalej opłacani pełnymi stawkami”, mówił dyrektor pracy. Później dodał, że w wirze akcji mogły zdarzyć się potknięcia i przeprosił wszystkich tych, których mogły dotknąć jakieś słowa i którzy mogli poczuć się urażeni. „To jest dla nas nauka”, podkreślił Szymura i obiecał, że taka sytuacja się nie powtórzy. Jak podaje TVN, dyrektor pracy wyraził też przypuszczenie, że ktoś „mógł źle zinterpretować jego słowa”. Wyjaśniał również, że jeśli chodzi o brak informacji w przypadku niektórych osób, to ewentualne błędy mogły wynikać z faktu posiadania przez kopalnię nieaktualnych telefonów i adresów górników w bazie.

To nie pierwsze oskarżenia kierowane w stronę zarządców kopalni i samej JSW. Wcześniej Bogusław Ziętek, lider związku zawodowego Sierpień ‘80, powiedział w wywiadzie dla Radia Zet, że istnieje podejrzenie złamania przepisów pracy. „Nikt nie powinien zginąć, górników nie powinno być pod ziemią w chwili zdarzenia”, powiedział. Mówił, że pracownicy powinni pracować w skróconym czasie pracy. „Zjechali o godzinie 18:00. Powinni wyjechać o 24:00. Zdarzenie miało miejsce 0:12, ich tam po prostu nie powinno być”, mówił Ziętek. W odpowiedzi na te zarzuty, JSW kontruje krótko, że sprawę wyjaśniają Okręgowy Urząd Górniczy w Rybniku oraz prokuratura. Zaznaczono też, że przy odpowiedniej organizacji pracy, przy tej konkretnej ścianie, gdzie doszło do tragedii, skrócony czas pracy nie byłby konieczny. Wszelkie nieścisłości będą jednak wyjaśniać służby.

Przypomnijmy, że do katastrofy w kopalni Pniówek pod koniec kwietnia 2022 roku. W wyniku licznych wybuchów zginęło łącznie dziewięć osób, a siedmiu pracowników wciąż jest poszukiwanych. Na razie akcję ratowniczą wstrzymano z uwagi na trudne i niebezpieczne warunki w miejscu zdarzenia, ale ma ona zostać wznowiona, gdy tylko będzie to możliwe.

Obrazek domyślny
Bartosz Wojsa

Dziennikarz, wydawca strony głównej w „Super Expressie”.