Katowice: Mieszkańcy dzielnicy Murcki szykują protest. Nie zgadzają się na fedrunek pod domami

Materiał, który przygotowaliśmy na łamach „Śląskiej Opinii” o planowanym wydobyciu w katowickiej dzielnicy Murcki, wywołał ogromne emocje. Zdaniem mieszkańców, Polska Grupa Górnicza nie jest „w stałym kontakcie” ze społecznością lokalną, mimo zapewnień przedstawicieli spółki. Gabriel Tomczak, przewodniczący Rady Jednostki Pomocniczej w Murckach, mówi nam wprost: „szykujemy się do protestu”. Będzie gorąco!

O tym, że kopalnia Staszic-Wujek w Katowicach, należąca do Polskiej Grupy Górniczej, ma rozpocząć wydobycie w okolicach dzielnicy Murcki pisaliśmy na łamach „Śląskiej Opinii” kilka dni temu. Przedstawiciele PGG oraz Urzędu Górniczego, który wydał zgodę na fedrowanie pomimo negatywnej opinii prezydenta miasta Marcina Krupy, tłumaczyli powody swoich decyzji. Teraz głos oddajemy mieszkańcom, którzy są wzburzeni i zapowiadają głośny protest w tej sprawie. „Praktycznie żadnej próby kontaktu z mieszkańcami nie było. Jedyne spotkanie, jakie się odbyło, miało miejsce 9 grudnia z przedstawicielami zarządu RJP Murcki, po zaproszeniu od dyrekcji kopalni, ale to były rozmowy już po fakcie, po zatwierdzeniu decyzji. To nie było spotkanie konsultacyjne, a informacyjne o tym, że kopalnia złożyła projekt planu zagospodarowania złoża, że rozpocznie się wydobycie. Wielokrotnie wskazywaliśmy, że to jest za blisko naszych domów, że wpływ i szkody wywołane tą eksploatacją będą dla nas, mieszkańców, ogromne, ale nie uwzględniono naszych obaw”, mówi dla „Śląskiej Opinii” Gabriel Tomczak, przewodniczący Rady Jednostki Pomocniczej w Murckach. To odpowiedź na słowa Tomasza Głogowskiego, rzecznika Polskiej Grupy Górniczej, który zapewnił nas, że „zarówno przedstawiciele kopalni, jak i PGG są w stałym kontakcie z władzami miasta oraz społecznością lokalną, uczestnicząc między innymi w spotkaniach z mieszkańcami”. Tomczak twierdzi, że to nieprawda. „Ani PGG, ani Okręgowy Urząd Górniczy, nie są z nami w „stałym kontakcie”. Jedyny odzew, choć też niewielki, był ze strony samej kopalni. W przeszłości, w 2017 roku, gdy ten temat wybrzmiewał, tych konsultacji było więcej. Przedstawiano nam plan, dyskutowano, mówiono o problemach i swoich obawach. Wtedy kopalnia dokonała skrócenia ściany, tak żeby zminimalizować negatywny wpływ na powierzchnie, zwłaszcza na budynki mieszkalne. Teraz nic takiego nie miało miejsca”, podkreśla.

Zdaniem mieszkańców, temat jest bardzo trudny, a sprawa rozwojowa. Wygląda na to, że skończy się na ostrych rozwiązaniach. „Przygotowujemy protest społeczny, bo uważamy, że ryzyko jest zbyt duże i nie zgadzamy się, żeby kopalnia wydobywała węgiel kosztem naszych domów i mieszkań, kosztem naszego majątku, na który wielokrotnie pracowały pokolenia naszych dziadków oraz rodziców. W poprzednich latach, 2007-2009, eksploatacja w dzielnicy Murcki wyrządziła potężne szkody: trzeba było „prostować” domy, niektóre wyburzać. Nie mówimy tu o małej skali typu pęknięcie ściany czy sufitu, a naprawdę ogromnych zniszczeniach. Nie wiem, czy dyrektor OUG brał pod uwagę poprzednie skutki eksploatacji kopalni w tym rejonie, gdy wydawał zgodę, ale skala tych zniszczeń i kosztów, jakie musiał ponieść wtedy jeszcze Katowicki Holding Węglowy, każe zadać sobie pytanie, czy to w ogóle jest ekonomicznie uzasadniona decyzja? Moim zdaniem nie”, mówi Gabriel Tomczak. Przedstawiciele PGG uspokajają, że wydobycie nie stworzy zagrożenia. Tak wynika z analiz prowadzonych przez spółkę. Podobne zdanie wyraził Wyższy Urząd Górniczy, uzasadniając decyzję o wydaniu zgody na fedrunek, mimo negatywnej opinii prezydenta Katowic Marcina Krupy, który wskazywał: „Uruchomienie eksploatacji górniczej może spowodować zagrożenie dla obiektów budowlanych w dzielnicy Murcki, w tym budynków mieszkalnych, sieci wodociągowo-kanalizacyjnej oraz obiektów ujętych w gminnej ewidencji zabytków podlegających ochronie konserwatorskiej, posiadających niską odporność na wpływy eksploatacji górniczej”.

Mieszkańcy są zaskoczeni. „Wyremontowanie domu po zniszczeniach, jakie się w tym czasie dokonały, to kwoty rzędu kilkuset tysięcy złotych. W poprzednich latach było to 7 domów „wyprostowanych”, dwa domy wyburzone po ugodach, dwa kolejne czekają na wyburzenie, a pozostają jeszcze nieruchomości, które nie zgłosiły szkód i również są przechylone. To jest kilka milionów złotych, które trzeba zapłacić. Warto też wspomnieć o pobliskim kościele, dla którego jest to duże zagrożenie. Świątynia nie jest przygotowana na takie wstrząsy, nie posiada fundamentu. Dwa lata temu ledwo wyremontowany kościół trzeba było odnawiać ponownie”, mówi Tomczak.  „Osobiście byłem dotknięty w poprzednich latach, zniszczeniami wywołanymi przez eksploatację w Murckach, a mój dom musiał zostać „prostowany”, w najwyższym punkcie to 48 cm. Niemal dziesięć lat trwał cały proces: od zgłoszenia do zakończenia naprawy tej szkody. Koszt potężny, grubo ponad pół miliona złotych. Do tego walka w sądzie: 5 lat procesu, 2 lata oczekiwania na wykonanie wyrok, który miał klauzulę „natychmiastowej wykonalności” i później kolejne dwa lata na rozliczenie całości. Mamy znów przez to przechodzić? Mieszkańców taka wizja przeraża”, dodaje w rozmowie ze „Śląską Opinią”. 

Zgodnie z planem, fedrowanie w okolicach dzielnicy Murcki ma odbywać się w terminie od 1 stycznia 2021 roku do 31 grudnia 2023 roku. „Odnosząc się do zagadnienia dotyczącego obaw mieszkańców dzielnicy Murcki, związanych z projektowaną eksploatacją górniczą pod tą dzielnicą należy podkreślić, że w przypadku pojawienia się szkód wywołanych ruchem zakładu górniczego, właściciele nieruchomości mogą żądać ich naprawy”, zapewnia Anna Swiniarska-Tadla, rzeczniczka Wyższego Urzędu Górniczego. 

Default image
Bartosz Wojsa
Dziennikarz, redaktor prowadzący śląskiego serwisu w „Super Expressie”.