
Światowa generacja prądu z węgla spadła mimo zwiększenia potencjału mocy
Liczby rzadko kłamią wprost. Za to chętnie wprowadzają w błąd, jeśli patrzeć na nie przez zbyt wąski wizjer. Dane z raportu Boom and Bust 2026 opublikowanego przez Global Energy Monitor są właśnie takim testem dla obserwatora: globalne moce węglowe wzrosły w 2025 roku o 3,5%, a jednocześnie globalna produkcja energii z węgla spadła o 0,6%. Nie jest to błąd statystyczny. To obraz świata, który jedną ręką buduje elektrownie węglowe, a drugą wycofuje się z nich szybciej, niż pierwotnie planował.
Najlepiej widać to w Chinach. Zainstalowane moce węglowe wzrosły w 2025 roku o 6%, ale rzeczywista produkcja z węgla spadła o 1,2%. Elektrownie pracują dziś średnio na poziomie 50% swojej zdolności — dekadę temu było to ponad 60%. W Indiach wynik jest podobny: moce rosną o 3,8%, generacja spada o 2,9%. W obu krajach przyrost popytu na energię przejmuje wiatr i słońce. Węgiel nie znika, ale przestaje być paliwem podstawowym — staje się rezerwą awaryjną, uruchamianą tylko wtedy, gdy OZE nie wystarczają. Poza Chinami i Indiami węgiel odpowiada już tylko za 5% nowych inwestycji energetycznych na świecie.
Dlaczego mimo to wciąż powstają nowe bloki węglowe? Bo elektrownie planuje się sześć–dziesięć lat wcześniej. Kiedy w 2019 roku Chiny zatwierdzały kolejne gigawaty mocy węglowej, energia słoneczna była trzy razy droższa niż dziś. Te bloki właśnie wchodzą do sieci — i natychmiast okazuje się, że w południe słońce produkuje energię taniej, niż wynosi koszt zmiennych samego węgla. Liczba krajów realizujących nowe projekty węglowe spadła z 38 do 32. Korea Południowa, Brazylia i Honduras wycofały się całkowicie.
To nie jest powrót węgla. To jego inercja. Stare zobowiązania inwestycyjne zderzają się z rynkiem, który zmienił się szybciej niż ktokolwiek planował. Węgiel jako rezerwa to nie transformacja. To jej opóźnienie. Skatalogowane jako postęp.








