Chudy: Zadałem sobie pytanie – czy ten kraj faktycznie jest w ruinie

Postanowiłem pokazać inną ruinętaką, która jest w nasbardziej filozoficzną. Chcę wzbudzić refleksję nad tym, do czego może doprowadzić nasze zamiłowanie do tandety, w tym do tandetnej religijności, zamiłowanie do wygodnictwa, nasze uzależnienia, zawziętość i brak zgody – mówi malarz akwarelista Grzegorz Chudy o najnowszym cyklu swoich obrazów „Polska w ruinie”. Olgą Kostrzewską – Cichoń rozmawia także o istocie wielokulturowości i regionalizmach, które w Polsce nie są doceniane. 

***

Olga Kostrzewska-Cichoń: Spisałeś się już?

Grzegorz Chudy: Tak, jestem już spisany.

– Zadeklarowałeś narodowość śląską?

– Zadeklarowałem podwójną. Śląską jako pierwszą i polską jako drugą. Jeśli chodzi o język wpisałem dwa: polski i śląski. Ale mam mały problem, gdy słyszę głosy, które mówią, że „ino ftoś, kery je sam ôd piytnostu pokolyń może deklarować norodowość ślōnsko. Gorole raus. Wszyjsko co złe, to skirż Poltōni”. Przeraża mnie taki śląski nacjonalizm i mam nadzieję, że te głosy będą zaledwie marginesem marginesu. 

– Jak według ciebie spis powszechny i zadeklarowanie narodowości śląskiej powinno zostać wykorzystane? Jak powinniśmy to jako Ślązacy zagospodarować?

– Dla mnie jeśli chodzi o tożsamość śląską istotne jest to, na czym chcemy ją budować. Nie chcę budowania jej na narzekaniu i poczuciu krzywdy. To mnie niepokoi. Uważam, że powinniśmy to wykorzystać do budowania przyszłości, a nie rozliczania się z przeszłością. Widzimy to rozliczanie na przykład przy okazji rocznicy powstań śląskich. To marudzenie, jęczenie… To było sto lat temu. Teraz są totalnie inne czasy, inne polityczne realia. Pewnie, należy dyskutować o historii, bo ona nas ukształtowała, pewne rzeczy trzeba pokazać na nowo, pewne odkłamać, ale może wypadałoby żeby niektórzy się obudzili i zaczęli budować, a nie stękać. Na marudzeniu nic dobrego nie powstało, dobre rzeczy powstają, gdy działamy.

– A jeśli przy tym działaniu pojawiają się słowa autonomia śląska?

– To bardzo dobrze. Dla mnie autonomia to najpełniejsza forma samorządności i politycznej dojrzałości. Gdyby nie tylko Śląsk, ale w ogóle każde województwo mogło się taką autonomią pochwalić to wspaniale. Z perspektywy mojego domu lepiej widać, ważne dla mnie sprawy, niż z Warszawy. 

– Tę tematykę coraz częściej wplatasz w swoje prace. Komentujesz, krytykujeszdecyzje obecnej władzy. To znaczy twoje beboki to robią. 

– To wynikło z potrzeby chwili. Na głupotę nie ma lekarstwa, pozostaje pytanie, czy nad tą głupotą śmiać się, czy płakać. Ja wolę się śmiać. Powstał szereg prac z bebokami w roli głównej, które krytykują rzeczywistość polityczną. Te obrazki powstają trochę na marginesie mojej pracy. Na skrawku papieru… Okazuje się jednak, że zupełnie prosty rysunek ma całkiem sporą siłę działania, skłania do refleksji i ma również znaczenie terapeutyczne.

– A twój najnowszy cykl „Polska w ruinie” również ma taki cel? Terapeutyczny. 

– To przemyślenia z ostatniego roku, bo od roku słyszę wszechobecne narzekanie, jak u nas jest źle. Zacząłem się na tym zastanawiać. Cofnę się do czasu, gdy wstępowaliśmy do Unii Europejskiej. Pamiętam, że poczułem taką dumę z tego, co się wydarzyło, taki przypływ euforii, który wskutek działań politycznych nie zdarzył mi się nigdy więcej. Udało się osiągnąć coś fantastycznego. I teraz, gdy słyszę głosy, że ta Unia jest taka zła, że może powinniśmy ją opuścić, krew się we mnie gotuje. Martwię się, zastanawiam, co się stało z tymi ludźmi , którzy się tak z tego cieszyli, starali o wejście do UE. Co się stało z naszym ówczesnym entuzjazmem. Zadałem sobie pytanie – czy ten kraj faktycznie jest w ruinie. 

– Na twoich najnowszych obrazach jest sporo o nas. Obnażasz nas dosyć mocno.

– Pomyślałem żeby to pokazać nieco karykaturalnie. Nie chciałem epatować ruinami, to już zresztą było w tym kraju. Postanowiłem pokazać inną ruinę, taką, która jest w nas, bardziej filozoficzną. Chce wzbudzić refleksję nad tym, do czego może doprowadzić nasze zamiłowanie do tandety, w tym do tandetnej religijności, zamiłowanie do wygodnictwa, nasze uzależnienia, zawziętość i brak zgody. Za każdą satyrą kryje się coś ważnego i będę się cieszył jeśli ludzie to w tych obrazach zobaczą.

– To podróż po Polsce, nie tylko po Śląsku, który zwykle malujesz. Jest Warszawa, Łódź, Licheń…

– Śląskich wątków nie zabraknie. Pojawi się Bytom, Gliwice, Nikiszowiec. Powstało już 20 prac, wystawa będzie miała premierę 20 maja i do 17 czerwca będzie można oglądać obrazy w Galerii Dagma Art w Katowicach. 

– Ta wystawa pojawia się w rocznicę. W tym roku obchodzisz jubileusz 15 – lecia pracy artystycznej. 

– 15 lat temu miałem pierwszą poważną samodzielną wystawę. Malowałem już wcześniej, ale nie sądziłem, że będę z tego żył. Skończyłem studia, filologię polską, zacząłem pracować jako nauczyciel języka polskiego. Uczyłem przez 10 lat, oddałem nawet dwie klasy jako wychowawca, bardzo miło to wspominam. Po pracy szalałem na scenie w zespole Beltaine i malowałem, ale to było hobby. W ciągu ostatnich lat malowałem jednak coraz więcej, wciągało mnie w to i okazało się sposobem na życie. Czymś, w czym się spełniam i realizuję. Malując mogę coś powiedzieć bardzo nie wprost i cieszyć się patrząc, jak moje myśli zostały odczytane w obrazach.

– Jak ważne było dla Ciebie spotkanie z Jerzym Dudą-Graczem, który na swoich obrazach również obnażał ludzkie wady?

– Spotkałem Jerzego Dudę-Gracza dzięki nauczycielce języka polskiego.Chodziłem do II LO w Katowicach im. Marii Konopnickiej, a moją wychowawczynią była magister Barbara Stawowczyk, słynna „Stawa”, która założyła w tej szkole fanklub Jerzego Dudy-Gracza. I byłem jednym z nielicznych w klasie, którzy do klubu się nie zapisali. Nie znam gościa – myślałem – więc nie będę w jego fanklubie. Malowałem sobie akwarelami, lubiłem to i tyle. Pierwsze farby dostałem od mojej przyszywanej cioci w szkole podstawowej razem z książką „Jak malować akwarelami” i krok po kroku malowałem. Ale w końcu trafiłem do pracowni Dudy-Gracza i zobaczyłem mistrza, który w ciągu trzech minut stworzył kompletny pejzaż za pomocą akwareli. Byłem świadkiem magii. Są takie momenty, które człowiek zapamiętuje do końca życia. Pamiętam, że to było drzewo na polu. On to namalował, odcisnął pieczęć po czym… podarł i wciepoł do hasioka. Aż mnie zabolało, ale wiadomo… chodziło o krótki pokaz swoich możliwości. Wtedy świat zwolnił i powiedziałem – tak, to jest ta technika, ja zostaję przy akwareli. Co ciekawe Duda-Gracz nie jest znany jako akwarelista, nie była to jego wiodąca technika.

– Ale ty akwareli jesteś wierny.

– Tak, ale problem z akwarelą jest taki, że ta technika nie jest u nas traktowana poważnie. Pamiętam kurs na Akademię Sztuk Pięknych w Katowicach, kiedy prowadzący na moje pytanie, czy mogę przynieść akwarele powiedział – człowieku – olej albo akryl. Akwarele są dla dziewczynek z podstawówki. Ale ja uwielbiałem akwarele i to osłabiło mój zapał przed startowaniem do ASP. Stwierdziłem, że mogę malować ucząc języka polskiego, ale nie będę uczył polskiego bez studiów filologicznych. 

– Ale teraz moim zdaniem malując zmuszasz do refleksji, pokazujesz Śląsk inny niż widzimy za oknem i jednak uczysz. Uczysz na przykład, jak ważny jest regionalizm.

– Lubię Polskę pogranicza, gdzie różne kultury się przenikają. Lubię ją malować. Powstał na przykład taki cykl „Dziennik podróży na najbliższy Wschód” poświęcony Podlasiu. W najbliższym czasie, po „Polsce w ruinie” planuję już kolejny cykl, który będzie poświęcony łemkowszczyźnie. Wielokulturowość jest ważna. Dlatego tak nie lubię niedoceniania w Polsce regionalizmów. Stara się nam wmówić, że kultura polska jest jednolita, wszystko pokazywane jest z perspektywy Warszawy, a „Warszawa” często nie ma pojęcia co się działo i dzieje poza jej granicami. Nie podoba mi się to, uważam, że pokazywanie tej różnorodności jest ważne.

– Jak pandemia zmieniła Twoje życie? Jak ci się w niej pracuje. 

– Pandemia zburzyła moje poczucie stabilności. Przed nią wszystko było poukładane – jedno dziecko w żłobku, drugie w szkole, żona w pracy, ja w pracowni. Wiedziałem, że mam na przykład tydzień, który mogę poświęcić konkretnej pracy, cyklowi obrazów. Tego teraz nie ma, nie wiem, czy żłobek będzie otwarty, czy zamkną szkoły, czy będziemy na kwarantannie, ale staram się nie narzekać. Staram się robić swoje, a jeśli przy okazji uda mi się wyzwolić w kimś endorfiny to bardzo dobrze. Przede wszystkim cieszę się, że wszyscy jesteśmy zdrowi.

Rozmawiała: Olga Kostrzewska-Cichoń
Zdjęcia: Artur Stańczyk

Default image
Olga Kostrzewska-Cichoń
Dziennikarka, aktywistka miejska zaangażowana w promowanie proekologicznych idei, właścicielka firmy doradzającej w relacjach z mediami. Prywatnie mama dwóch córek, w wolnych chwilach uciekająca z rodziną na szlaki w Tatrach.