USA nie dały rady. Opłaty za emisje wciąż na stole

55 do 51. Tyle wyniosła różnica między klimatyczną przyszłością żeglugi a jej zablokowaniem w Londynie.

Było w tym coś osobliwego. Na sali posiedzeń Międzynarodowej Organizacji Morskiej, gdzie pachnie starą dyplomacją i morską solą, Stany Zjednoczone zasiadły przy jednym stole z Arabią Saudyjską, Wenezuelą i Katarem. Nie w charakterze adwersarzy, ale sojuszników. Chcieli zablokować globalne opłaty za emisje CO₂ z transportu morskiego. Na szczęście nie udało się.

Reklama

Sesja MEPC84, czyli posiedzenie Komitetu Ochrony Środowiska Morskiego (IMO), zakończyła się czymś, czego wielu nie spodziewało się przed rokiem: Net-Zero Framework przeżył. Pięćdziesiąt pięć państw i organizacji – w tym cała Unia Europejska, Wielka Brytania, Brazylia, Australia i Kanada – potwierdziło wolę wprowadzenia globalnego mechanizmu cen emisji dla żeglugi. To pierwsza taka propozycja w historii dla całego sektora transportu międzynarodowego. Pierwszy pomysł, by armator płacił za to, ile CO₂ wypuszcza jego statek w powietrze, bez względu na to, pod jaką banderą pływa.

51 państw chciało inaczej. Chciało ponownie otworzyć projekt, rozmiękczyć limity emisyjne, albo – jak proponuje Japonia – w ogóle usunąć mechanizm cenowy. Wenezuela, Katar, Argentyna – rozumiem interes. Ropa to ich chleb powszedni. Ale Stany Zjednoczone? Kraj, który przez dekady przewodził globalnej debacie o wolnym handlu i otwartych morzach, dziś staje w jednym szeregu z petromonarchami Zatoki Perskiej. By chronić tani bunkier dla kontenerowców.

Tymczasem na świecie dzieją się rzeczy ciekawsze. W norweskich fiordach elektryczny prom przemyka przez port bez smrodu spalin i bez hałasu – cicho, jakby przepływał przez sen. I tu jest clou tej historii: ten prom – Bjarkøy, bo tak mu na imię – zbudowano w Gdańsku. W stoczni Remontowa Shipbuilding, która od 2009 roku oddaje Norwegom coraz bardziej zaawansowane jednostki. Kolejny kontrakt – 7 promów elektrycznych dla Szkocji. Polskie stocznie nie rozmawiają o klimacie. Polskie stocznie budują klimatyczną przyszłość.

Bjarkøy ma 63 metry długości, baterie o łącznej pojemności 2,3 MWh i czas jednego przejścia nieprzekraczający 12 minut. Podczas załadunku i rozładunku ładuje się z sieci lądowej. Żadnych spalin, żadnego bunkrowania. Proste. I właśnie dlatego tak ważne, że regulacje IMO w końcu zaczną nadawać temu biznesową logikę na skalę globalną. Gdy za emisje trzeba będzie płacić, armatorzy sami zaczną szukać takich statków.

Reklama

Formalne negocjacje w ramach IMO mają potrwać co najmniej do końca 2026 roku. Do tego czasu odbędą się dodatkowe spotkania między sesjami. Swoje propozycje złożą Fidżi, Japonia, Panama i Liberia. Nie brakuje głosów, że Waszyngton wróci do stołu z twardszym mandatem blokowania. Być może. Ale 55 głosów to nie jest przypadkowa większość. To jest polityczny sygnał. Do przemysłu i do stoczni. Do armatorów i do banków finansujących nowe jednostki. Kierunek jest ustalony.

Patryk Białas
Patryk Białas

Radny Miasta Katowice. Społeczny koordynator polskich liderów The Climate Reality Project. Ekspert stowarzyszenia BoMiasto.

Newsletter Śląska Opinia

Zapisz się na nasz newsletter i zacznij dzień od najważniejszych informacji — bez krzyku i bez chaosu. Od poniedziałku do soboty o 7:00 rano w Twojej skrzynce czekać będzie poranne podsumowanie kluczowych wydarzeń ze świata, Polski i regionu.