Żyjemy wszyscy w czasach wyborów – odpowiedzialnych, bo brzemiennych moralnie. Wybory, przed jakimi stają dziś ludzie myśli, a szczególnie ci wśród nich, którzy gotowi są podjąć się powołania, jakie przypada w udziale intelektualistom, są bardziej niż inne odpowiedzialne – a to ze względu na pomoc, jaką okazać mogą, lub jakiej mogą odmówić lub zaniedbać, w wyborach pozostałych. Nie chodzi tu przy tym o wybory typu spotykanego w programach komputerowych – kiedy to wybierającemu pozostawia się decyzję w ramach z góry określonej (długiej lub krótkiej, ale zawsze zamkniętej) listy możliwości. Chodzi o coś więcej, o zawartość listy; o to, przed jakimi wyborami stawia się wybierających – i o to, czy ludzie przed wyborem postawieni mają się listą obecną zadowolić, czy nie winni się upomnieć o możliwości, jakich lista nie zawiera, o wartości, jakie pomija milczeniem, o kryteria słuszności, o jakich nie wspomina.
Wszystko to wymaga objaśniania sensu każdej z przedstawionych do wyboru możliwości, jej konsekwencji, jak i ograniczeń. Bez tłumacza – wytrawnego, rzetelnego, życzliwego – tu się nie obejdzie. Od tego, czy ludzie wiedzy i myśli potrafią się w nowej sytuacji znaleźć i swego powołania podjąć, zależy w niemałym stopniu, czy my wszyscy, indywidualnie i zbiorowo, zdołamy wyzwaniom, jakie ta sytuacjo stawia, sprostać.
Zygmunt Bauman, Prawodawcy i tłumacze, 1998
Czy wiecie, że to, co zrobimy ze Śląskiem i na Śląsku teraz, w trakcie realizacji gigantycznego projektu tzw. Sprawiedliwej Transformacji, będzie w przyszłości śląskim dziedzictwem? Czy, w związku z tym, zanim powiedziano wam o Sprawiedliwej Transformacji, kiedykolwiek, ktokolwiek zapraszał was do negocjowania przyszłości w jakiekolwiek skali? Na przykład w lokalnej? Czy czujecie się częścią jakieś wspólnoty? Śląskiej? No, może nie śląskiej, ale jednak wspólnoty? Terytorialnej? Postindustrialnej? Metropolitalnej? Czy wiadomo wam cokolwiek o jakiejś umowie społecznej dotyczącej strategii rozwojowych, np. Zielonego Ładu? Czy władze regionu, albo jego stolicy, lub innego miasta dały wam do zrozumienia, że zależy im na waszej opinii na temat kierunków rozwoju miasta, gminy, wsi (nie dlatego, że zobowiązani są pytać, ale dlatego, że mają szacunek do waszych opinii i doświadczeń), oraz potrzebują niczym kania dżdżu krytycznej informacji zwrotnej, aby zbudować strategię rozwoju na lata, bazując na szerszej umowie społecznej? Pytam, bo bardzo bym nie chciała, aby się okazało, że gdyby nie te zielone strategie Unii Europejskiej, to czas płynąłby, a my kręcilibyśmy się tu dalej na karuzelach starych sporów, używając starych słów i starych myśli.
Zakładam, podpierając się kulturowo-historycznymi obserwacjami, że dla obywatelek i obywateli tzw. „starej Unii” Just Transformation (ang. sprawiedliwa transformacja), to rodzaj kontynuacji długiej, skądinąd zielonej, strategii rozwoju wspólnoty europejskiej. Dla nas, to chyba znów Akcja Reaktywacja. Reagujemy, bo z zewnątrz przychodzi impuls cywilizacyjny. Kasa. Miliardy euro. Na Górnym Śląsku nawet samo słowo transformacja bardzo źle się kojarzy. Niesie w sobie wiele negatywnych skojarzeń z poprzednich transformacji. Pamięć zbiorowa podpowiada nawet, że tylko nieliczni wygrali tamten czas.
Ponadto, coraz bardziej rytualne spory o górnictwo podtrzymują na „standbaju” narosłe wówczas obawy i egzystencjalne lęki. Odwraca to społeczną uwagę od faktycznych przyczyn upadku hołubionego niegdyś (a może nadal?) sektora górniczego. Za nami dekady podtrzymywania tej agonii. Niemal identycznie realizowane przez kolejne rządy. Dopłaty do górniczych wynagrodzeń i kosztowne utrzymywanie nierentownych kopalń. To już prawie nasza, świecka tradycja. Za rzadko powtarzamy, że już w 1969 było w Polsce 21 nierentownych kopalń.
Dlatego będę was tu zamęczać pytaniem, dlaczego Unia Europejska zdecydowała się przyznać województwu śląskiemu tak duże pieniądze, tym razem pod hasłem Sprawiedliwej Transformacji? Czy od nas wyszedł jakiś plan? Nowoczesny plan? Pewnie jakiś był wymagany, ale czy ktokolwiek z nas uczestniczył w jego tworzeniu? Słyszał o tym, że można uczestniczyć? Ktoś miał czas, zasób, był zaproszony, aby pomóc zbudować roboczy schemat sprawiedliwej transformacji naszego regionu? Miasta? Ulicy? Podwórka? Zadaję pytanie za pytaniem, bo czuję się w związku z tymi pytaniami, być może, tak samo jak wy. To nie o mnie. Ani nie do mnie. Nie do mnie. Ja to na Śląsku słyszę od lat.
Jeśli jednak, te środki pozwolą nam, po dekadach rozdawnictwa, wreszcie, ten system, przewlekle chory na nieekonomiczność, zakończyć, to może warto zrobić to, co ta „straszna Unia” rekomenduje? Mamy przy okazji szansę naprawić, cośmy tu popsuli w reaktywnych cyklach polskich od wyborów do wyborów. No, to wsparcie wygląda na światełko w tunelu. Myślę, że Skarbek jest w to zamieszany. Żarcik, taki. Osią Sprawiedliwej Transformacji ma być sprawiedliwość, dlatego ludzie mnie pytają – jaka? Dla kogo sprawiedliwa? Kto się na tę sprawiedliwość ma tym razem załapać? Jaki jest plan? Plan jest ponoć taki, żeby przy jego pomocy można było kontrolować, czy aby załapali się wszyscy, nie jak wcześniej, tylko niektórzy. To jest główna intencja tego planu. Fajna. No, ale kto w to uwierzy, gdy przeszłość, nawet dawno wyparta, przesądza z góry o braku zaufania.
Bez usunięcia z szafy trupów z przeszłości – nie poradzymy!
Nie chciałabym się wypowiadać na temat kierunków ochrony dziedzictwa w ramach Sprawiedliwej Transformacji odrzucając przeszłe błędy. Kolejna transformacja, bez włączenia rozwiązań, płynących z rzetelnego podsumowania tamtych traumatycznych doświadczeń, które dotknęły jednostek, rodzin, całych dzielnic i miast pogórniczych, nie wróży nic dobrego. Doprawdy, po co po raz kolejny zwodzić ludzi rozbudowaną projektozą, bełkotem obietnic bez woli politycznej nastawionej na systemową, egalitarną (sprawiedliwą jak sugeruje UE) poprawę klimatu i jakości życia całej górnośląskiej wspólnoty? Ale, zaraz, czy w ogóle umiemy o sobie tak myśleć? Wspólnota? Czy wiemy, z jakiego poziomu, z jakim zasobem mentalnym, kulturowym, psychospołecznym startujemy (w różnych dziedzinach) do tego mega-procesu? Co będzie najtrudniejsze – od poziomu przyziemnego, czytaj życiowego, przez obyczaje, kulturę, po poziom psychospołeczny, gdzie nagromadzone jest to, co wyparte, i wygląda na to, że sporo tego tam. Przemysł górniczy upada od dziesięcioleci, różne transformacje już tu się wydarzały, na bieżąco trwa przepychanka nacjonalistyczno-lobbystyczno-populistyczna, a niektórzy przedstawiciele środowisk władzy robią sobie na tym dość dramatycznym tle selfie i opowiadają, jak to się nasz region przedsiębiorcom z Tajlandii podoba. Jak to połączyć ze Sprawiedliwą Transformacją? Taki codzienny obrazek?
Ponadto, Sprawiedliwa Transformacja jest elementem Zielonego Ładu. Za chwilę napiszę o tym więcej, teraz tylko przypominam, że antyunijne wystąpienia polityczne, w tym hasła protestów górniczych, dotyczą właśnie Zielonego Ładu. Czyli co? Najpierw sobie powrzeszczymy, a potem się będziemy sprawiedliwie transformować? Nie uda się to. Moim zdaniem trzeba ten chaos narracji uporządkować, dać ludziom więcej informacji. I zejść z nimi, jak najniżej. Do domów, na msze, na zebrania dzielnicowe i wszelkie inne, oczywiście do szkół. Wspomóc ludzi od zawsze związanych z górnictwem, z etosem pracy w górnictwie, z rolą żony górnika w trudnym procesie zrozumienia, że na upadek sektora górniczego nie wpływają ograniczenia związane z klimatem, ani cele Zielonego Ładu, ani nawet opłaty za CO2 płacone przez elektrownie opalane węglem. Trzeba to odważnie komunikować, to jest totalnie transformacyjne, bo spotkamy się z wielkim oporem, brakiem wiary i zaufania. Odrzucą nas, bo godzimy w symbole i w etos. A wiadomo, że dyskusje o wartościach są najmniej efektywne. Spuśćmy powietrze i odważnie to zakomunikujmy – wydobycie węgla kamiennego spada w Polsce już od 45 lat i choć nadal wydobywamy, a globalny popyt na węgiel jest właśnie najwyższy w historii, to my w tym boomie nie uczestniczymy, bo nie wypracowaliśmy ekonomicznej formuły taniej jego produkcji. Kto będzie miał tę odwagę? Rekordy sprzedaży węgla ma teraz Indonezja, Australia, my węgiel kupujemy. What the …k?
Zobaczcie, wchodzimy w kolejną transformację zagubieni i sfrustrowani, nie pytamy o wspólnotę, nie narysowaliśmy sobie wspólnej górnośląskiej mapy marzeń.
A co byśmy mogli wkleić do tej mapy? Podążmy za wolnością marzeń. Może dymki z okrzykami? Ruch Chorzów – paaaaaaaaaaaaaanyy! Górnik Zabrze – paaaaaaaaaaaaanyy!!! Piaaaaaaaaaaaaaaast – Paaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaany! Teraz wklejmy górnika w galowym mundurze, na środku, na samej górze, tam gdzie na obrazkach do pokolorowania na lekcjach religii widnieje boskie oko. Górnik był tu przecież kiedyś bogiem. Prawda, Historio, która pomagasz mi pisać ten tekst? A Historia. jakaś taka poszarzała i zmęczona, odpowiada: – Tak, Górny Śląsk triumfował na globalnym rynku handlu węglem, co najmniej dwukrotnie. Pierwszy raz po przyłączeniu części Górnego Śląska do Polski, wydobywaliśmy i sprzedawaliśmy węgla więcej niż Chiny, a za PRL byliśmy drugim eksporterem na świecie. Historio, dociskam – dlaczego dziś węgiel importujemy? Jak to się stało? Czuję, że Ona potrzebuje chwili na sformułowanie odpowiedzi. Dlatego do mapy marzeń jeszcze wrócimy.
Od mądrości Paktofoniki przez zniszczony etos górniczej pracy do wyrównywania szans.
(…)
„Gdzie ludzie rozminęli się z wartościami
Tego nie wiem (wcale), ale spróbuj dać im palec
Kto jest kto przekonasz się doskonale
Hipokryci, dla mnie daremnie ukryci
Ich dewizy, szydercze oczka, uśmiech Mona Lisy
W głowach schizy, wynikiem mej ekspertyzy (ta)
Sprawdź kto kogo teraz ujmuje w ryzy.”
(Paktofonika, album Kinematografia)
Eksperci twierdzą, że w ostatnich latach dyskusja nt. polskiego górnictwa oderwała się od podstawowych pojęć ekonomicznych. Nie ma tam mowy o kosztach wydobycia, wydajności czy konkurencyjności naszych kopalń, ani nawet o tym, jak zmieniły się wydajność i płace w polskim górnictwie przez ostatnie 100 lat. Odbyły się jakieś transformacje, ale nie odbył się proces kulturowy na rzecz zmiany, odejścia od starych sporów przez używanie nowych słów, nowych myśli. Stary, endemiczny, postkomunistyczny i neokapitalistyczny rwący nurt porwał ludzi, wartości oraz to, co naprawdę dobrego miał w sobie etos górniczy. Górnictwo – państwo w państwie – nie dopuszcza regulacji, ale żyje z dopłat – a to raczej wsobne i rujnujące, jak choroba immunologiczna.
Najgorzej, że ten mocny rys niematerialnego dziedzictwa górniczego – etos górniczej pracy – jest wciąż w politykierskim obiegu, coraz bardziej grillowany. Knowacze różnych maści, i partyjnych kolorów, mogliby wreszcie przestać ów etos grillować na ostrym ogniu. Koszty tej zabawy, to kulturowe pasywa. Najpierw komunizm, a potem kapitalizm poradziły sobie z demontażem górniczego etosu, koncertowo. Dlatego teraz trzeba zadbać, aby transformacja odbyła się w ludziach, z ludźmi, dla ludzi, by wzmocnić Górny Śląsk nową kompetencją – umiejętnością wspólnotowego dziedziczenia. To mogłaby być siła społeczna reagująca i stawiająca opór bylejakości, nadmiernej komercjalizacji, nadmiarowości niemal identycznych projektów, syndromowi „niedasie”, fałszywej ngoizacji, rewitalizowaniu kościołów kosztem zabytków spod znaku industrii? Co się wydarzy? Pewnie są na ten temat już różne obliczenia, alokacje, aktywa i bilanse, ale czy już uzgodniliśmy „po ludzku” zakres pojęcia sprawiedliwość pod kątem tej transformacji?
Historia dalej siedzi obok mnie i zerka, co napisałam. Błądzi wzrokiem, widzę w jej pięknych oczach górnicze chodniki, podziemne korytarze, Skarbka, świętą Barbarę – imaginarium kultury górniczej naprawdę robi wrażenie. Gdyby to był tylko eskapizm i komercha, to już dawno by tego nie było – odczytuję komunikat. Kolorowych pióropuszy, orkiestr dętych, skrzyżowania pyrlika z żelazkiem, Śląskie sacrum w czystej postaci budowane przez wieki w akcie duchowej obrony przed nieludzką harówą, wyczerpaniem codziennym tańcem ze śmiercią, przemocą i wyzyskiem.
Krew, pot i łzy, widzę. Historia wie, co mówi.
Sprawiedliwa Transformacja – wyrównanie szans rozwojowych?
Czy wystarczająco skupimy się na wyrównaniu szans rozwojowych w całym województwie? Fundusz jest bardzo suty, a pewnie i tak za mały. Konieczna będzie doza pokory wobec grup społecznych i zawodowych, które w poprzednich dekadach zostały wykluczone i nie wzięły udziału w narodzinach i brutalnym rozkwicie polskiego kapitalizmu, w tym w kolejnych restrukturyzacjach. To będzie niełatwe, bo jeśli raz wypadły z głównego nurtu, wciąż łatwo je marginalizować, nadal są niesamodzielnie, nisko odporne, mało skuteczne. Tak, Unia ma serce po lewej stronie. Historia potwierdza, kiwając głową.
Demokracja, egalitaryzm, wspólnotowość mogą być (i bywają) ideowymi podstawami strategii rozwojowych Unii Europejskiej. Nad Wisłą, Odrą, Kłodnicą, Brynicą i Rawą w zbyt małym stopniu korzystamy z wskazań ekonomistów, wizjonerów w tym także artystów, poetów i filozofów. Nie, nie odlatuję. Domagam się od zawsze obecności kultury w gospodarce, kultury egalitarnej w polityce, zaangażowanej społecznie kultury w debatach o przyszłości. Nie wystarczy elitarna publiczność Teatru Śląskiego, Muzeum Śląskiego, Opery Śląskiej i NOSPR-u. To za mało, aby wydarzyła się w województwie śląskim sprawiedliwa transformacja kulturowa (w tym mało demokratycznym krajobrazie wyróżnia się pozytywnie konsorcjum złożone z uczelni wyższych i GZM).
Do jakiej kolumny księgowania transformacji należy wpisać dopłaty do górnictwa?
Ma być sprawiedliwie, brzmi to bardzo kusząco. Lecz sytuacja już w punkcie wyjścia jest etycznie zawiła. Bo, gdyby wejść w język księgowy, to do której kolumny należałoby wpisać miliardowe dopłaty do górnictwa? I, pamiętajmy, te pieniądze są transferowane nie tylko z polskich kieszeni. Mimo, że UE zakazuje dotowania jakiejkolwiek deficytowej branży z pieniędzy europejskich podatników, to gdy kolejny polski rząd przyjeżdża do Brukseli prosić o zgodę na uruchomienie kolejnej pomocy publicznej dla nierentownego sektora górniczego, to raz za razem KE głosuje i większością głosów otrzymujemy tę pomoc. Gdyby, kopalnie miały zyski, to KE nie mogłaby się wtrącać w sprawy polskiego górnictwa. Pomoc publiczna, którą już otrzymaliśmy, nie spowodowała, aby którykolwiek plan naprawczy wypalił. Kopalnie w UE mogą istnieć, ale nie mogą być nierozwojowe i działać bez planu klimatycznego i ekonomicznego. Wbrew temu, co często mówi się w antyunijnych mediach lub słyszy z ust antyunijnych działaczy związkowych nie istnieje dyrektywa lub rozporządzenie nakazujące zamykanie kopalń. Gdy w 2021 roku rząd Prawa i Sprawiedliwości oraz górnicze związki zawodowe podpisali własną umowę o planowej likwidacji większości polskiego górnictwa do roku 2049 Komisja Europejska nie wyraziła na to zgody. Od tamtej pory, z tego co mi wiadomo, żadna kopalnia nie została zamknięta. A produkcja węgla w Polsce jak spadała, tak spada, mimo wzrostu zatrudnienia oraz podwyżek płac. Jeszcze raz pytam, dlaczego Unia wciąż pokłada w nas nadzieję? Czy dlatego tylko, że jesteśmy krajem przyfrontowym? Czy dlatego, że się do wspólnotowości i subsydiarności z nami umówili i się trzymają danych obietnic?
Duobus litigantibus tertius gaudet
Najbardziej zmitologizowany okres polskiego górnictwa przypadł na czasy Bieruta, Gomułki, a przede wszystkim Gierka. Przez pierwsze dekady Polski Ludowej węgiel był naszą handlową ofertą number one, zresztą poza nim nie mieliśmy zbyt wiele do zaoferowania. Polska, inwestowała więc w wydobycie węgla, nie oglądając się na koszty. Sukces był budowany na wciąż rosnącym długu. To wiemy wszyscy. Kultura masowa już dawno o to zadbała. Chcesz cukierka – idź do Gierka, i takie tam, podobne.
Dużo rzadziej mówi się o czymś znacznie ważniejszym. O tym, że ta „pożyczka” była zaciągana u nieświadomych – faktycznej wartości rynkowej własnej pracy – górników.
Po II WŚ polskie górnictwo zaczęło korzystać z pokładów na głębokości 300-500 metrów, gdyż płytsze, skończyły się jeszcze w II RP. W latach 60. fedrunek zszedł jeszcze niżej,
na poziom ok. 660 m pod powierzchnią. Mechanizacja pracy była w PRL na zbyt małą skalę, aby przesądzać o konkurencyjności polskiego węgla na światowym rynku. Wydajność rosła tylko nieznacznie, a w szczytowym momencie (1979) była o niespełna 10 procent wyższa niż w odpowiednim momencie wydobycia w okresie II RP. Wysoką konkurencyjność zapewniały nam przede wszystkim niezwykle niskie płace w górnictwie. Tania siła robocza nie zdawała sobie jednak sprawy, jak bardzo była tania.
Trudno w to od razu uwierzyć, bo jak to? Przecież nawet dziecko wie, że górnikom żyło się
w PRL klawo i dostatnio, ale przelicznik jest bezlitosny. Górnicy, za swoją pensję, mogli kupić na wolnym rynku (1975) ok. 30-40 dolarów. Był to ówcześnie koszt 1,5 tony węgla lub trzech par jeansów z Reichu. Dla lepszego porównania amerykański górnik, w przeliczeniu na dzisiejszą wartość pieniędzy, zarabiał wtedy 24 tys. (i obecnie zarabia mniej więcej tyle samo), a polski 800 zł miesięcznie. Ta gra pozorów trwała długo, bo z demoludowego punktu widzenia, górnik i tak miał zajefajne życie, i specjalne sklepy, talony, bony, małego fiata
i dużego też. Jednak z rynkowej perspektywy, niedostępnej tzw. szerokim masom, (żelazna kurtyna) był bardzo słabo opłacanym pracownikiem. W ten oto, zgoła feudalny sposób byliśmy za PRL liderem światowego rynku. Ponoć, ten niski koszt wydobycia był naprawdę niski, bo zdarzało się, że bywaliśmy tańsi od Brytyjczyków, nawet po tym, jak Żelazna Dama wykonała brutalną reformę brytyjskiego górnictwa.
Około 1969 roku hossa zaczęła się gwałtownie kończyć, ale nadchodził jeszcze grand finale
z Edwardem Gierkiem w roli głównej. Pisałam już, że 1969 było w Polsce 21 nierentownych kopalń, a sektor górniczy ostrzegano przed przeinwestowaniem. Gdy na scenę wkroczył towarzysz Edward, górnictwo, za dotknięciem jego czarodziejskiej różdżki dostało i przez lata dostawało wszystko czego chciało, bez względu na koszty ekonomiczne.
„Szczyt wydobycia węgla (201 mln ton) w PRL przypadł na 1979 rok, a szczyt jego eksportu (43 mln ton) na 1984 rok. Od tego czasu zarówno wydobycie, jak i eksport, zaczęły spadać. Stało się to na długo przed transformacją gospodarczą czy marzeniami o Unii Europejskiej. Przez ostatnie 10 lat PRL (1979-1989) wydobycie w Polsce skurczyło się już o niemal 24 mln ton (12%), chociaż zatrudnienie wzrosło w tym czasie o 48 tys. etatów (13%).”[1]
Po 1989 r. górnicy, podobnie jak reszta społeczeństwa, chcieli się odbić od dna i lepiej zarabiać, starym zwyczajem, państwowy właściciel podwyższał pensje bez względu na straty ekonomiczne. Gdyby nie nieustanny wzrost płac, to już ćwierć wieku temu, w pierwszych latach dwutysięcznych chętnych do pracy w górnictwie zaczęłoby naturalnie ubywać, co ułatwiłoby, potaniło i przyspieszyło restrukturyzację polskiego górnictwa. Obecne płace nie są już zadowalające, bo zmieniła się ogólna siatka wynagrodzeń. To sytuacja patowa, a mimo to, idziemy „drogą niemiecką”. Tam przez 60 lat dotowano nierentowne kopalnie, stwarzając precedens ewolucyjnego, społecznie akceptowanego trybu odchodzenia od węgla. Dlaczego tak? Trzeba zapytać Niemców, ale osobiście mam wrażenie, że w ówczesnych Niemczech wyśrubowane standardy społecznej odpowiedzialności wciąż głęboko określały powojenne rehabilitacje etyczne, a z drugiej strony tradycja myślenia przemysłem, to kwintesencja niemieckiego kanonu wartości, osadzona na w protestantyzmie.
Co teraz, sprawiedliwego, może się na Śląsku wydarzyć, choć nie ma na to żadnych gwarancji?
Śląskie otrzymało największy przydział z Funduszu Sprawiedliwej Transformacji, na kwotę 2,2 mld euro, to największy pojedynczy przydział tego funduszu w całej UE (na region węglowy). De facto ta kwota jest wyższa, bo wynosi w sumie ponad 5 mld euro i obejmuje: klimat, środowisko i energetykę, instrumenty terytorialne (tj. integrowanie rozwoju na danym obszarze), transport, przedsiębiorczość, a także infrastrukturę w zakresie edukacji, kwestii społecznych, zdrowia oraz kultury i turystyki. Lecz, czy to spowoduje, że się będziemy transformować w wartościach? Albo – ku wartościom zrównoważonego rozwoju?
Współczesne „gry wojenne” w polskiej i śląskiej polityce bardzo zniekształciły obraz Zielonego Ładu. Ba, uczyniły go pretekstem do budowania pogardy wobec ekologii w ogóle. Do dziś część urzędników państwowych i samorządowych nie rozumie i nie zna pryncypiów Zielonego Ładu (potwierdzają to wyniki badania Green Deal Barometer opublikowanego w 2020 r. przez Instytut Europejskiej Polityki Środowiskowej, IEEP).[2]
Mimo oporu w wielu krajach i poważnego deficytu wiedzy o Zielonym Ładzie w środowiskach rządzących (zwłaszcza w środowiskach władzy w krajach postkomunistycznych) Komisja Europejska zdołała osiągnąć ambitne porozumienia podczas dyskusji nad większością swoich propozycji, począwszy od prawa klimatycznego, co świadczy o poparciu ponad połowy państw członkowskich dla podstawowych koncepcji Zielonego Ładu (wyjąwszy reformę wspólnej polityki rolnej oraz taksonomię finansów prywatnych, co się i tak, w końcu powoli i w bólach dzieje, szczególnie w obliczu zagrożenia wojennego).
Cytując pewnego znanego architekta, powiem, że ład jest także po to, aby było ładnie. Dziedzictwo materialne regionu węglowego nie kojarzy się nam z pięknem, a jednak odpowiednio, z zachowaniem wpisanego weń historycznego piękna, może takim się stawać. Dodatkowo, odnowienie wartości estetycznych może służyć odnowieniu wartości etycznych, które – jak mówią księgi, muzea i ludzie – były elementem przerwanej tożsamości regionu.
Uważam, że nie można tego zrobić bez wykonania kroku w tył, a nawet kilku kroków. Wiele kwestii wymaga uczciwego, by nie powiedzieć sprawiedliwego potraktowania. Zacznijmy od pytania? Jaki ciężar krzywd tkwi w pamięci zbiorowej po wcześniejszych transformacjach ustroju i górnictwa w województwie śląskim? Tylko pozornie nie zadaję tu pytania o regionalne skutki antropocenu. Jak pamięta się poprzednie transformacje, gdy było się ich szarym uczestnikiem, uczestniczką? Czy, gdy zapytamy o nie dziś, bardziej od środka, lub bardziej z dołu nadal usłyszymy emocje postprzemocowe? Dlaczego opór związkowców, ale też wielu mieszkańców i mieszkanek przed Zielonym Ładem oraz kolejną transformacją jest tak silny?
Gdy głębiej wsłuchamy się w gniew w głosie lub bolesne wspomnienia przez łzy, lub gdy poczytamy o tamtych wydarzeniach w naukowych, socjologicznych opracowaniach tamtego okresu pojawia się bardzo naturalna odpowiedź. Ludzie zadają proste pytanie: sprawiedliwa, czyli jaka? Dla kogo sprawiedliwa? Nie ufają już, ani rodzimym politykom, ani deklaracjom UE. Czy mają prawo? Oczywiście. Krzywda indywidualna przekłada się na całe pokolenia, a nawet na następców i następczynie, o czym często zapominają prawodawcy u władzy. Różnice partyjne, moim zdaniem, nie mają tu, co dla niektórych będzie zapewne nie do przyjęcia, żadnego znaczenia.
Przez nasz region przetoczyły się (i to jest świetne słowo na określenie owych wydarzeń), co najmniej dwie lub trzy tzw. transformacje. Zbiorowa pamięć podpowiada, że żadna nie była, ani dobrze przygotowana, ani właściwie zrealizowana. Czy kolejna transformacja będzie inna? Właściwie chyba wszyscy jesteśmy ciekawi, jaka będzie, czy zdominuje ją chciwość i partykularne interesy nielicznych, czy tym razem będzie to transformacja wspólnotowa? Tymczasem strajki nie ustają, a górnicze związki zawodowe domagają się tego samego, co 30 lat temu i wcześniej. Teraz mają dodatkowego kozła ofiarnego i gromko opowiadają się przeciw Zielonemu Ładowi oraz rekomendacjom Sprawiedliwej Transformacji. Pytanie, czy ich członkowie i członkinie próbowali się kiedykolwiek się przebić poza polityczno-lobbystyczne manipulacje, czy dowiedzieli się samodzielnie czegoś więcej o tych cywilizacyjnych projektach? Pewnie niektórzy, owszem. Jednak, nie dziwmy, że „rządzi” przede wszystkim „pamięć krzywd”, także krzywd wymyślonych i zwielokrotnionych, skutecznie podsycana przez polityczne i związkowe (też polityczne) narracje i pohukiwania.
Tkwi w nich jednak, także swoista prawda o mienionych transformacjach. Przypomnijmy jak było. Pierwsza, tzw. transformacja ustrojowa (a zaraz za nią gospodarcza) miała miejsce u początku lat 90. ubiegłego wieku, była to „transformacja po PRL-u” i przyniosła w regionie tragiczne skutki społeczne. Po 1989 polska gospodarka przeszła na model rynkowy. W górnictwie oznaczało to: restrukturyzację kopalń, redukcję zatrudnienia, zamykanie nierentownych zakładów. Powstał nawet w 1993 Komitet ds. Restrukturyzacji Górnictwa Węgla Kamiennego. Mówiąc o tamtych wydarzeniach najkrócej – udało się zamknąć kopalnie, ale nie udało się zbudować życia „po kopalniach”. Tamta transformacja miała formę terapii szokiem i tak zapamiętali ją górnicy i Śląsk.
Rząd Józefa Oleksego i rząd Jerzego Buzka przeprowadzały kolejne programy restrukturyzacyjne. Niestety, nadal pozbawione realnych strategii dla miast górniczych. Likwidowano zakłady, ale nie przygotowywano wystarczających ilości alternatywnych miejsc pracy. Nie powstały nowe branże na skalę, która mogłaby przejąć dziesiątki tysięcy, a w dalszym etapie setki tysięcy ludzi. Rewitalizacja terenów pokopalnianych była symboliczna i odłożona na nieokreślone potem. Miasta poniosły skutki, których nikt nie policzył: epopulacja, pauperyzacja, degradacja przestrzeni. Zlekceważono wymiar społeczny, o czym przekonano się dotkliwie, bo społeczne traumy trwały latami. Tę transformację prowadzono ponoć zza biurek, niczym ćwiczenia z księgowości: cięcia, zamknięcia, redukcje. Prawdopodobnie, dlatego koszty społeczne rozłożyły się tak bardzo nierównomiernie — całe dzielnice, lecz w różnych miastach podupadały z dnia na dzień. Owszem, górnicy dostali odprawy, ale ich rodziny i lokalne rynki pracy — nie otrzymały środków wystarczających do podjęcia zupełnie nowych wyzwań życiowych i zawodowych.
Nie zadbano o przebranżowienie: szkolenia były fasadowe i niedopasowane. Państwo likwidowało zakłady, ale nie dało miastom narzędzi i pieniędzy, by „coś w zamian” zbudować. Samorządy często nie miały kompetencji, by prowadzić gospodarkę postindustrialną. Nawet na poziomie regionu nie istniała spójna polityka zagospodarowania terenów poprzemysłowych. Terapia szokowa polegała także na braku jakiejkolwiek kontroli nad chaosem gospodarczym. Likwidacje kopalń przeprowadzano na chybcika, reagując „na pożar”, a nie planując systemowo. Kopalnie często zamykano bez wcześniejszego przygotowania terenu, infrastruktury czy pracowników. Powstał ogromny krajobraz porzuconych przestrzeni — do dziś z nim walczymy.
Czy to się da od-zobaczyć? Ten straszny krajobraz śląski, bladozielone dzieci i szare dzielnice, jak Karb, skąpany w kwaśnym deszczu. A także inne dzielnice Bytomia, Świętochłowic, Rudy Śląskiej? To jest obraz aktywny pod powiekami co najmniej dwóch pokoleń, które wciąż tu żyją. Doświadczono masowego pominięcia, dyskryminacji, odpodmiotowienia. Wiem, że w wielu ludziach tkwi nadal tamten czas, w głowach, w ciałach, bo nic tak mocno nie zapisuje się w człowieku jak odebranie mu godności. Myślę, że dla ludzi spoza Śląska jest to trudne do wyobrażenia.
A teraz pytanie pomocnicze – jak dziś mówimy o tym, że górnictwo było filarem gospodarki PRL? Jakoś ciszej, oraz jakby ze wstydem. Tymczasem górnictwo było takim filarem. Uprzywilejowanie całej branży właśnie z tego wynikało. To był czasem, faktycznie, zbyt daleko idący przywilej, godność nad godnościami. Problem transformacji polegał na tym, że jej destrukcyjny przebieg nie ugodził wszystkich równie dotkliwie. Jak zwykle najbardziej poszkodowane były rzesze ludzi pracujących na dole i ich rodziny. Władza pozostała przy władzy, a prominenci przy stołach władzy. Na pewno ten brutalny przełom, trudno z dzisiejszej perspektywy, nazwać transformacją.
W niszczeniu sektora, który swego czasu zatrudniał ponad 400 tys. osób (z otoczeniem przemysłowym i usługowym). Sektora, powiedzmy to jeszcze raz głośno, który już wcześniej był patologiczny, bo pracował w logice komunistycznego wykonania planu, często już na stracie, z fatalną efektywnością i gigantycznym przerostem zatrudnienia. Niszczyło to morale ludzi na dole i ich rodzin na górze – bo to one, tracąc ojców, mężów, braci płaciły ostatecznie za zaległości technologiczne, zaniedbane bezpieczeństwo pracy, niską automatyzację. Transformacja ustrojowa (1989) przyniosła koniec dotowania górnictwa „jak leci”. Węgiel przestał mieć odbiorcę „z obowiązku”, trzeba było konkurować cenowo. Reaktywną, gwałtowną akcję nazwano „restrukturyzacją” – a przecież polegała na chaotycznym zamrażaniu inwestycji, pierwszych, nigdy ostatecznie niepoliczonych redukcjach zatrudnienia, cięciach w administracji, porządkowaniu, często na granicy prawa, finansów spółek. Na domiar – to wtedy pojawił się rosnący import energii (głównie gazu), co dobijało wcześniejszy, wysoki popyt na polski węgiel.
Czy górnicy i ich rodziny w latach 1993-97, faktycznie dobrowolnie korzystali z tzw. „dobrowolnych odejść” (były to tzw. programy osłonowe, np. odprawy górnicze)? Czy przygotowywano ludzi, od dziesięcioleci sowicie i luksusowo (na tle innych regionów kraju) zaopiekowanych na nadchodzące zmiany, wynikające z łączenia i dzielenia kopalń, czy dobrze, wg jakiejś strategii informowano i wspierano pracowników i pracownice podczas procesów likwidacji najbardziej nierentownych zakładów – m.in. były to – kopalnie Gliwice, Mysłowice-Wesoła – częściowo, Siersza, Saturn, Andaluzja, i inne. W efekcie w połowie dekady zatrudnienie spadło o 100–150 tys. osób. Czy po trzydziestu latach te osoby, ich rodziny, krewni, sąsiedzi, całe wspólnoty górnicze to pamiętają? Intuicja podpowiada, że nie da się tego tak po prostu zapomnieć. Pewnie, trochę łatwiej przejść do rzeczywistości po okresowych spadkach standardu życia, ale dla wielu nie była to kwestia utraty standardu, były rodziny i dzielnice, którym życie nagle usuwało się spod nóg. Dosłownie i w przenośni.
Słowo „transformacja” nie kojarzy się ludziom na Śląsku dobrze, a wręcz bardzo źle, czy spin doktorzy Sprawiedliwej Transformacji mają o tym pojęcie? Budują na tym prospekt zmian?
Próbą, teoretycznie kompleksowego planu, była kolejna transformacja, znana jako reforma Jerzego Buzka w latach 1998–2000. Jakie miała założenia, a co przyniosła? Zakładano: zmniejszenie wydobycia, które znacznie przekraczałoby zapotrzebowanie, dalsze zamykanie najbardziej nierentownych kopalń, wprowadzenie górniczych urlopów przedemerytalnych, zwiększenie (znacząco) nakładów z budżetu państwa na wygaszanie zobowiązań, odprawy, osłony socjalne. Próbowano przygotować sektor do działania rynkowego. Co się wydarzyło? Liczba kopalń spadła o ok. 1/3. Zatrudnienie w górnictwie na koniec 2000 r. wyniosło ok. 140–160 tys. ludzi (z ponad 400 tys. dekadę wcześniej). Region doświadczył gwałtownego wzrostu bezrobocia, zwłaszcza w miastach monokulturowych. Upadały dawne dzielnice górnicze ze względu na brak planów alternatywnego zagospodarowania. Wzrosła liczba patologii społecznych, migracje młodych opóźniły rozwój całych dzielnic, wiele rodzin utraciło poczucie bezpieczeństwa ekonomicznego i egzystencjalnego. Niepomiernie wzrosło poczucie „zdrady” i marginalizacji. To prawda, że ta transformacja sektora górniczego zatrzymała chaos i ostateczny upadek, ale – podobnie, jak poprzednia – nie stworzyła nowych miejsc pracy na masową skalę. Owszem, uporządkowano strukturę spółek i zdjęto z kopalń część długów, ale kosztem gigantycznych konsekwencji społecznych.
W 2003 powstaje Kompania Węglowa – formalnie, ale kształtowanie struktur zaczęło się wcześniej. Z założenia część zakładów miała przetrwać, ale należało w nie mocno inwestować — tego nie zrobiono. Polska nie stała się „nowoczesnym producentem węgla”, tylko graczem walczącym o przeżycie. Górnicy zostali przedstawieni jako „koszt”, a nie jako ludzie podtrzymujący przez dekady gospodarkę kraju. Zabrakło dialogu i szacunku, co wywołało ogromną frustrację i długotrwałą nieufność społeczną wobec państwa. Do dziś ta rana polityczna jest żywa. I tej transformacji Jerzego Buzka też nie udaje się w regionie odpamiętać, mimo bardzo wielu współczesnych pozytywnych zmian regionu. Ona wraca w chrypliwych okrzykach związkowców, rozmawiają o niej wciąż pracownicy opieki społecznej w miejscach, gdzie jak to się czasem mawia „psy dupami szczekają”. Tamto doświadczenie nadal traumatyzuje, jest strachem, rodzi dystans, nie pozwala ufać po raz kolejny. Alkoholizm wielu ludzi zaczął się właśnie wtedy, a usługi seksualne przeżywały renesans.
Państwo polskie nie wykorzystało największego zasobu regionu: kompetencji organizacyjnych i umiejętności technicznych. Tych zasobów nikt wówczas nie przekuł w rozwój nowych sektorów (kolejnictwo, mechatronika, energetyka, OZE, automatyka). Utracono kapitał ludzki i kulturowy na dziesięciolecia. Nie wspominając już o tym, że przedakcesyjne fundusze (2003) skierowane do kobiet długotrwale bezrobotnych ze względu na tradycyjny, śląski podział ról (żony górników bardzo często nie pracowały) wydano na wykształcenie setek fryzjerek i florystek. Serio? Serio. Szkoliłam te kobiety i dobrze pamiętam ten bałagan i brak pomysłów na przygotowanie kobiet do innych zawodów.
W latach 2000–2015 następowała dalsza konsolidacja i modernizacja, inwestowano w nowocześniejsze technologie, bezpieczeństwo i wydajność. Powstawały spółki, jak np. Polska Grupa Górnicza (2015), lecz wejście do UE też nazywano transformacją. Zieloną Transformacją, a Zielony Nowy Ład przetłumaczono na język polski już w 2009. Pojawiły się programy krajowe i unijne wspierające ograniczenie emisji CO₂. A nasz węglowy region wciąż mentalnie wypierał te rekomendacje. Pamiętam takie hasło Zielonych z 2010 roku wypowiedziane przeze mnie w Sejmiku Śląskim podczas dyskusji o rozwoju województwa śląskiego – „Wyprowadźmy górników na słońce!” Wzbudzało głównie śmiech i kpiny. A miało być zachętą, zwróceniem uwagi na sektor źródeł odnawialnych, jako obszar nowej pracy i nowych celów rozwojowych.
Minęła kolejna dekada politycznych przepychanek, strajków związkowych przed i po wyborach, akcji protestacyjnych, hejtu i odpalanych w centrum Katowic rac. Gdy w 2020 pojawiały się w rządowych dokumentach wskazania, jak przygotować się do skutecznego wejścia w Europejski Nowy Ład, stworzono w Polsce Mechanizm Sprawiedliwej Transformacji. Ale, czy kolejna transformacja, tym razem dumnie okraszona przymiotnikiem sprawiedliwa może się udać i stać się trampoliną dla tych nieustannie pomijanych?
Mam wiele obaw. Bo, jeśli mam przekonanie, że uda się przechodzenie gospodarki Śląska i Zagłębia na niskoemisyjną oraz niemal pewność, że wiemy już czym jest rewitalizacja terenów postindustrialnych i nie mylimy jej z renowacją pojedynczej wieży wyciągowej, gdzie powstanie kolejny punkt widokowy, koniecznie z drogą restauracją i jeszcze droższymi gadżetami z węgla; to, nie mam pewności, czy teraz mamy więcej odwagi i pieniędzy, aby unikać developerskiego przejmowania całych kompleksów poprzemysłowych, oraz zachodzę w głowę, czy ktoś w końcu trafi do ludzi, którzy dawno utracili zaufanie do rządu i samorządu, domagając się, nomen omen, dziejowej sprawiedliwości.
Na stronie transformacja.slaskie.pl czytam definicję obecnych zmian: „Sprawiedliwa i efektywna transformacja podregionów górniczych w kierunku zielonej, cyfrowej gospodarki, zapewniająca wysoką jakość życia mieszkańców w czystym środowisku.” Ok, myślę sobie – już na etapie planu, wspomina się o ludziach, nie tylko o górnikach, ale też o ludziach żyjących w otoczeniu kopalń, ich życie – teraz już z założenia – ma przebiegać w czystym środowisku. Czytam więc dalej, jakie są cele operacyjne:
– innowacyjna gospodarka podregionów górniczych: zwiększenie potencjału B+R (biznes i badania), wdrożeń nowych technologii;
– zdywersyfikowana oraz energooszczędna gospodarka: mniej zależności od węgla, więcej zielonych, cyfrowych rozwiązań;
– silna przedsiębiorczość w obszarze podregionów górniczych;
– zbilansowana, rozproszona energetyka w podregionach górniczych;
– efektywne wykorzystanie terenów poprzemysłowych na cele gospodarcze, środowiskowe i społeczne;
– atrakcyjne i efektywne kształcenie oraz podnoszenie kwalifikacji w podregionach górniczych;
– efektywny system wsparcia rynku pracy tych podregionów;
– kompleksowy system wsparcia społecznego aktywizujący mieszkańców podregionów górniczych;
– efektywny społecznie odpowiedzialny system zarządzania transformacją w podregionach górniczych.”
Niby pięknie, a jednak wśród tego ogromnego nagromadzenia słów, w tej projektozie i strategicznej nowomowie brak mi czegoś. Konkretów. Nie znajduję w głównym tekście „Terytorialnego Planu Sprawiedliwej Transformacji Województwa Śląskiego 2030 („TPST 2030”) dla Województwa Śląskiego” konkretnych, szeroko udostępnionych danych liczbowych na temat tego, co i gdzie właściwie zostanie zrobione – np. ilość miejsc pracy do utworzenia – tyle a tyle, tu i tu; kilometry kwadratowe terenów poprzemysłowych do przekształcenia – tyle a tyle, tam i tam. Może ja źle szukam. Jeśli ktoś zechce się ze mną podzielić danymi – otwartymi i łatwo dostępnymi na ten temat – to przeproszę i chętnie z nich skorzystam. W tej chwili jednak myślę, że ludzie, którzy jak ja, pamiętają poprzednie transformacje naszego regionu, mogą nie uwierzyć w zapowiadane w tak skomplikowany komunikacyjnie sposób zmiany.
Co wiemy konkretnie? Wiemy niewiele, na pewno, ile wynosi całkowity budżet, gdyż alokacja środków z trzech funduszy UE dla regionu wynosi ok. 5,14 mld euro. Wiemy też że podregiony objęte transformacją, to: katowicki, bytomski, sosnowiecki, gliwicki, tyski, rybnicki i bielski. Cele i obszary działań operacyjnych są już mniej precyzyjne i posługują się tym okrutnym, projektowym slangiem, królują „innowacyjna gospodarka”, „silna przedsiębiorczość”, „wykorzystanie terenów poprzemysłowych” itd. Dlatego brakuje mi w tekstach, które zdołałam przejrzeć, wskaźników typu – ile miejsc i obiektów zostanie zrekultywowanych? I tu powinna nastąpić jakaś numeryczna odpowiedź, ale nie następuje.. Jaki region, gospodarczo i kulturowo teraz budujemy? Wodorowy? Militarny? Zielono-energetyczny? Naukowo-badawczy? Być może wskaźniki te są w załącznikach, opisanych jako „Matryca logiki interwencji”, „Indykatywny wykaz operacji i przedsiębiorstw”. Lecz to już tortura dla zwykłego czytelnika. Bo powiedzcie mi, który obywatel, która obywatelka, górnik, górniczka, Ślązak, Ślązaczka, pracownik czy pracownica przemysłu ciężkiego, lub szkolnictwa, albo kultury w województwie śląskim sięgnie po te dokumenty, przeczyta sobie spokojnie w jakimś spokojnym miejscu, poświęcając przez 4 tygodnie 2 całe popołudnia na studiowanie ich ze zrozumieniem. Po czym, ulegając ich fascynującym treściom będzie omawiać ich zawartość w gorących dyskusjach z koleżankami i kolegami podczas przerwy na lunch? Przyjmuję zakłady.
Zmierzając ku końcowi, odpowiadając przy tym, w końcu, na pytanie o to jak ochrona dziedzictwa wpisuje się w procesy planowania i mechanizmy finansowania Sprawiedliwej Transformacji w województwie śląskim, przedstawiam poniżej pomocne linki:
– w załączniku nr 2 („Potencjały i wyzwania rozwojowe”) do Terytorialny Plan Sprawiedliwej Transformacji Województwa Śląskiego 2030 znajdziecie rozdział o „Efektywnym wykorzystaniu terenów poprzemysłowych podregionów górniczych na cele gospodarcze, środowiskowe i społeczne”. transformacja.slaskie.pl+1
– w załączniku nr 4 („Indykatywny wykaz operacji i przedsiębiorstw”) jest wykaz operacji planowanych do wsparcia, który może obejmować adaptację i zagospodarowanie terenów poprzemysłowych. transformacja.slaskie.pl+1
Dokumenty te podkreślają, że rewitalizacja terenów poprzemysłowych to jeden z obszarów interwencji w ramach sprawiedliwej transformacji regionu.
A na sam koniec podaję zestaw konkretów – przykłady projektów zgłoszonych lub wybranych do dofinansowania w regionie Województwo Śląskie, związanych z zagospodarowaniem i przekształceniem terenów poprzemysłowych – kopalń, hut, szybów:
- Projekt „Szyb Julian III” w gminie Bobrowniki został wybrany do dofinansowania
w ramach działania 10.9 „Ponowne wykorzystanie terenów poprzemysłowych…” Fundusze Europejskie dla Śląskiego - Projekt „Szyb Franciszek” w Ruda Śląska – również w tym samym naborze działania 10.9. Fundusze Europejskie dla Śląskiego
- Projekt „Zielony Kwartał KWK Rozbark – Centrum szkoleniowo‑noclegowe / Centrum Aktywności Społeczno‑Edukacyjnej w Bytom – działanie związane z transformacją kopalni. slaskie.pl
- Projekt „Wielki Piec Huty Pokój – Centrum Transformacji w Ruda Śląska. slaskie.pl
- Projekt „Kopalnia Saturn” w Czeladź – adaptacja byłych warsztatów mechanicznych na cele rozwojowe regionu. slaskie.pl
- Projekt wykorzystania podziemnych wód pokopalnianych – podpisanie listu intencyjnego między Spółka Restrukturyzacji Kopalń (SRK S.A.), Muzeum Śląskie w Katowicach i innymi partnerami – dla siedziby muzeum w Katowicach.
Ta lista konkretów kończy mój tekst, uważam, że jest za krótka, zbyt mało zróżnicowana
i brakuje mi w niej terytorialnej kwoty. A teraz wracam do szukania w ww. dokumentach Człowieka. Człowieka i ludzi porzuconych już wcześniej, niejako „po drodze”, pozostawionych bez realnego wsparcia, wielokrotnie i jakby „systemowo”, których dzieci być może dotyka teraz wtórna wiktimizacja. Obawiam się, że to nie ich wycie słyszę, gdy przechodzi przez Warszawską związkowe tsunami. Uważam że „tamten Śląsk” się nie skończył i parafrazując tytuł książki Zygmunta Baumana, dodam, że wciąż jego ciężkie
i bardzo ludzkie niematerialne dziedzictwo umyka prawodawcom i tłumaczom kolejnych, śląskich transformacji. Nikt nie patrzy na historię wstydu i upokorzeń, jak na cenny, a może bezcenny, konstytutywny element górnośląskiego dziedzictwa, nie patrzy też nikt, lub niezwykle rzadko, na dokonany tu ekocyd.
[1] https://wysokienapiecie.pl/97538-gornictwo-wegla-kamiennego-w-polsce/ dostęp, listopad 2025
[2] Nie tylko w Polsce mamy z Green Deal’em problemy. Czytałam niedawno, że komunikowanie Zielonego Ładu i Sprawiedliwej Transformacji jako „nowego europejskiego porozumienia” zostało, po wybuchu pandemii zaniechane. Komisja Europejska zrezygnowała z wcześniej zaplanowanej i szeroko zakrojonej polityki komunikacyjnej z obywatelkami i obywatelami Europy na temat Zielonego Ładu. Na prowadzenie wysunął się program Next Generation Europe, czyli programu naprawy gospodarczej po ustaniu COVID-19. W związku z tym, jak twierdzą niektórzy, niewystarczająco wybrzmiewa dziś Pakt klimatyczny, którego cele skierowane są na niedaleki rok 2030. Poza tym obecne rekomendacje nie stawiają na taki udział społeczeństwa, jaki byłby niezbędny do realizowania wielkich zielonych posunięć. Na przykład Zielony Ład obejmuje środki redystrybucji dóbr dla najbiedniejszych, ale nie są one przedstawiane jako część nowego „porozumienia społeczno-ekologicznego” między przywódcami a obywatelami UE. Nowy Zielony Ład nie oznacza już też „nowego porozumienia z naturą”, stosując określenie Michela Serresa. Filozof, który zwrócił uwagę świata na to, że myślimy o wszystkim, również o środowisku naturalnym, wyłącznie z perspektywy teraźniejszości. Zbyt rzadko – przekonywał francuski filozof – zastanawiamy się nad długofalowymi konsekwencjami cywilizacyjnych przemian. Jego uwagi są trafne, pomimo, że istnieje coraz silniejsza wola ochrony różnorodności biologicznej, pozostaje to przede wszystkim utylitarne i oparte na pojęciu usług ekosystemowych.









