32 firmy odpowiadają za ponad 50 procent globalnych emisji w jeden rok – tymi trzema liczbami można dziś uczciwie zacząć rozmowę o klimacie. Kiedy patrzę na dane Carbon Majors za 2024 rok, widzę czarno na białym, że emisje CO₂ nie są „wszędzie po trochu”, tylko coraz mocniej skupione w rękach wąskiej grupy największych producentów. To ważne także z polskiej perspektywy, bo u nas wciąż toczy się spór, czy transformacja „nie idzie za szybko”, podczas gdy globalnie problem nie leży w tempie zmian, tylko w tym, kto realnie trzyma ster.
17 z 20 to druga liczba, która nie daje mi spokoju. Tyle spośród największych emitentów to firmy kontrolowane przez rządy państw, które na COP30 zablokowały odejście od paliw kopalnych. Mówimy o krajach takich jak Arabia Saudyjska, Rosja, Chiny, Indie czy Iran. Te 17 podmiotów odpowiadało za 38% globalnych emisji CO₂ z paliw kopalnych i cementu w samym 2024 roku. I nagle hasła o „zbyt szybkiej transformacji” przestają być abstrakcją. Widać, komu realnie opłaca się trzymać status quo. Także kosztem stabilności gospodarek takich jak nasza.
70% wszystkich emisji CO₂ od początku rewolucji przemysłowej można przypisać 178 konkretnym producentom, a 22 firmy odpowiadają za jedną trzecią historycznych emisji – jeszcze mocniej uderza mnie perspektywa historyczna. To nie jest opowieść o tym, że „wszyscy jesteśmy tak samo winni”. Te emisje mają bardzo realne skutki: 213 fal upałów, wzrost średnich temperatur, jedna trzecia obserwowanego wzrostu poziomu mórz. Nawet w pieniądzach da się to policzyć – emisje jednego koncernu, Chevronu, powiązano ze stratami sięgającymi od setek miliardów do kilku bilionów dolarów. A te koszty wracają dziś także do Polski w postaci susz, strat w rolnictwie i presji na samorządy.
57 procent emisji pochodzących dziś z firm kontrolowanych przez państwa jest dla mnie niczym prawdziwy kubeł zimnej wody. Oznacza to, że decyzje energetyczne są polityczne, więc dalszy wzrost globalnych emisji przestaje być zagadką. Dane Carbon Majors nie zostawiają tu wiele miejsca na złudzenia: deklaracje są tanie, a realna władza nad emisjami pozostaje tam, gdzie status quo wciąż się opłaca.
I tu dochodzimy do momentu, który najbardziej uwiera. Skoro emisje są tak skrajnie skoncentrowane, to opowieść o „neutralnym rynku”, „indywidualnych wyborach konsumenckich” i „zielonym szaleństwie” zwyczajnie się rozsypuje. To nie rynek zawiódł. On dokładnie robi to, do czego został zaprojektowany: chroni największych, przerzuca koszty na słabszych i nagradza opóźnianie zmiany.








