Psy z rozbitej pseudohodowli trafiły do śląskiego stowarzyszenia

Wielkopolski Inspektorat Ochrony Zwierząt 26 sierpnia rozbił kolejną „pseudohodowlę” psów, jedną z uratowanych ras były boksery. Aż 13 psów trafiło na Śląsk pod opiekę Stowarzyszenia Boksery Niczyje. Zajrzeliśmy do jednego z domu zastępczych i wychowawczych dla psów w okolicy Rybnika.

– Dostaliśmy telefon i wszystko ruszyło dosłownie z minuty na minutę. Najpierw informacja o suce z piątką małych i dorosłym samcu. Nie minęło 15 minut, a dostaliśmy wiadomość iż znaleziono kolejną sukę z piątką małych – wspomina ten dzień prezes stowarzyszenia.

To było wyzwanie nie tylko logistyczne, ale także organizacyjne – przyjąć tak nagle 13 psów, kiedy ma się już stałą piątkę pod opieką. Jak jednak mówią aktywiści ze stowarzyszenia – nie mogli odmówić. Kolejne doby, to była walka o przeżycie tych psów, w ciągu doby odeszło jedno z najsłabszych szczeniąt.

Fot. Wielkopolski Inspektorat Ochrony Zwierząt

– Miała może z dwa tygodnie, bo my tak naprawdę nie wiemy, ile one mają. Dosłownie się mieściła na rączce. Taki „maluch” powinien ważyć przynajmniej już pół kilo, o ile nie więcej. Była jazda na SOR do weterynarza, karmienie przez sondę, podawanie glukozy. Rokowania były mocno ostrożne. Właściwe każdego dnia walczymy o życie kolejnych i ich wyjście na prostą.

Przy takich interwencjach wykonywanych samodzielnie, ale i we współpracy z innymi organizacjami, Stowarzyszenie Boksery Niczyje współpracuje stale już od 10 lat. Z dumą opowiadają o zamknięciach kolejnych „pseudohodowli”. W historiach, które usłyszeliśmy przeważają opisy tragicznych warunków, w jakich przetrzymywane są psy.

– W tej ostatniej „fabryce psów” były okrutne warunki: boksy i budy betonowe. Dzieciaki stały po kostki w moczu. Karmione były odpadami z ubojni.

Fot. Wielkopolski Inspektorat Ochrony Zwierząt

Po tej ostatniej interwencji pod opieką stowarzyszenia jest rekordowa ilość psów. A przed wolontariuszami ogrom pracy, bo z każdym uratowanym zwierzęciem to przynajmniej 6 tygodni, często niemal 24 godziny na dobę, pracy, opieki i walki o życie. Z maluchami jest najwięcej  bieżących zajęć – karmienie, higiena, uczenie świata zewnętrznego. To ostatnie jest szczególnie ważne również w przypadku starszych psów, które spędziły kilka lat na brudnym betonie i po raz pierwszy od dawna mają możliwość wyjścia na trawę.

– Jeżeli ktoś żyje 3 lata w betonie, to jest to trudne, więc my zajmujemy się nie tylko zdrowiem, ale i behawiorem tych zwierząt.  Dla jednych te 6 tygodni to mało, dla innych to dużo. Liczymy jednak, że po takim okresie możemy zacząć myśleć o przekazaniu psów do adopcji, o ile ich stan zdrowia na to pozwali.

Przy oddawaniu do adopcji – jak podkreślają wolontariusze – stowarzyszenie nie zwraca uwagi na złote klamki i willę z basenem, ale na racjonalne podejście przyszłych właścicieli psów i minimalną znajomość rasy. Informują też o ewentualnych dalszych kosztach, bo to rasa, która często choruje i trzeba się z tym liczyć.

– Utrzymujemy kontakty z tymi nowymi domami cały czas. Jeżeli pojawia się jakiś problem, natychmiast mamy informację zwrotną, pomagamy w jego rozwiązaniu, służymy radą i poradą, zarówno pod względem zdrowotnym jak i behawioralnym.

W ciągu roku przez stowarzyszenie przechodzi ponad 30 psów. Koszt opieki nad psem przez te 6 tygodni to średnio 1500 zł – w tym jest karma, diagnostyka i lekarstwa. Zdarza się, że koszty się większe, tak jest w przypadku psów z ostatniej interwencji. Koszty leczenia jednego z nich już teraz przekroczyły 1000 złotych. Dlatego stowarzyszenie zdecydowało się na uruchomienie celowej zbiórki.

– Nigdy nie robiliśmy tego typu zbiórek, zawsze staraliśmy się gospodarować zasobami finansowymi, które mieliśmy z darowizn, otrzymaliśmy z jednego procenta i naszego wkładu pracy. Ostatnim czasem mieliśmy i mamy bardzo trudne psy, które tak naprawdę bardzo potężnie pociągnęły nas finansowo. Raz, że adopcje stanęły zupełnie, bo mieliśmy bardzo chore psy jak Mela czy Defender. To są psy, których leki miesięcznie oscylują w granicach 800 złotych. One tak naprawdę już dożywotnio zostaną pod opieką stowarzyszenia, więc żeby nie generować dodatkowych kosztów, mieszkają u nas w domu.

Wolontariusze stowarzyszenia pracują z psami bez wynagrodzenia. To jest zaangażowanie i wolny czas wielu ludzi z całego regionu. Są zaprzyjaźnieni weterynarze, młodzi ludzie, tacy którzy wspierają akcyjnie i tacy, którzy stale zajmują się określoną liczbą psów w domach tymczasowych. W rozmowie przyznają, że największą trudnością jest moment kiedy muszą towarzyszyć psom w ostatniej drodze. Podkreślają jednak, że nawet jeżeli jakiś pies umiera, to jest to wygrana wojna, bo odchodzi bezpieczny, nakarmiony i zaopiekowany.

– Warto to podkreślić, bo ostatnio usłyszeliśmy, że mam natychmiast odpisywać na wiadomości i natychmiast dawać znać każdemu, bo to jest w końcu nasz zawód. Nie, to nie jest nasz zawód. My to robimy, bo chcemy, a nie dlatego, że musimy. To jest wszystko poza naszą pracą, często kosztem rodziny. Nie, to nie jest nasz zawód.

Stowarzyszenie Boksery Niczyje prowadzi zbiórkę środków na opiekę nad psami z ostatniej interwencji oraz przyjmuje pomoc od darczyńców na bieżące działania.

Sebastian Pypłacz
Sebastian Pypłacz

Redaktor naczelny Śląskiej Opinii. Wiceprezes stowarzyszenia BoMiasto. Członek zarządu Związku Górnośląskiego.