Jeszcze jedna historia z tego okresu. Ale inna. Recenzja: Tymon Tymański „Sclavus”

Tymon Tymański to istne kłębowisko energii i emocji, które szukają ujścia niemal permanentnie. Przekłada się to na sporą liczbę projektów, w które jest on zaangażowany. Muzyk, tekściarz, multiinstrumentalista, innowator, scenarzysta, prowokator, Mr. Chaos lub, jak kto woli, człowiek instytucja. Dzisiaj do tych wyliczeń dodać można jeszcze określenie powieściopisarz. Wszystko za sprawą książki „Sclavus”, która ukazała się w grudniu ubiegłego roku i chyba przez to przeszła trochę bez echa. Wracam więc do premiery sprzed pół roku, a jest ku temu dobra okazja. Pozycja ta znalazła się bowiem na tak zwanej szerokiej liście dwudziestu tytułów nominowanych do Literackiej Nagrody Nike 2022.

„Sclavus” to ani powieść, ani wspomnienia, ani reportaż, na pewno też nie stuprocentowy pamiętnik. Post(post?)modernistyczny zlepek gatunków bez wyraźnego zarysowania granic, a więc coś, z czego znany jest przecież Tymon Tymański jako muzyk. I wbrew pozorom wcześniejsza uwaga nie powinna być odbierana jako zarzut lub krytyka ustawiająca kierunek, w jakim podąży niniejszy tekst. Wręcz przeciwnie – ta przeniesiona na narrację, charakterystyczna dla autora gadanina nabiera jeszcze większej autentyczności, a co za tym idzie sprawia, że historia odbierana jest przez czytelnika jako prawdziwa. Tak, czytając „Sclavus” przytakujesz Tymańskiemu, dajesz wiarę, że jego opowieści nie wychodzą znacząco poza ramy realnego świata, a jednocześnie ram tych nie odczuwasz, bo w końcu za tymi słowami stoi człowiek anty-schemat, post-futurysta burzący zastany porządek, szukający nowych dróg i rozwiązań, pragnący pokazać sztukę od jej nieznanej jeszcze (lub niechcianej) strony.

Prozatorski debiut gdańszczanina to najprościej rzecz ujmując historia Totartu – trójmiejskiej formacji artystycznej zawiązanej w drugiej połowie lat osiemdziesiątych, której przyświecały hasła kontrkultury i surrealistyczna wizja świata sztuki, a także tego, co z formacji tej zostało, jej wpływów na późniejsze pokolenia twórców niezależnych i nieskrępowanych więzami obyczajowości i społecznych dogmatów. Historia, co ważne, pokazana jest z perspektywy Ryszarda Tymona Tymańskiego – jednej z tych postaci, które po rozpadzie grupy bodaj najlepiej odnalazły się w rzeczywistości nowej Polski i przemian zarówno ustrojowych, jak i artystycznych. Przedstawiając kolejne wydarzania (chociaż określenie „kolejne” traktować należy bardzo umownie – chronologia nie jest dla autora najważniejszym wyznacznikiem), Tymański czyni słowa wolnymi. Myśli płyną wartko, ale często nie są uporządkowane, a co ma zostać napisane (opowiedziane), zostaje wyrzucone niemalże automatycznie i bez skrępowania. Ten swego rodzaju strumień świadomości – najlepiej kojarzony z „Ulissesem” Joyce’a – a przez literackich Totartowców nazywany po prostu techniką zlewu, może być największą przeszkodą, z jaką przyjdzie się zmierzyć sięgającemu po tę książkę czytelnikowi. Uspokajam jednak: po czterdziestu-pięćdziesięciu stronach zostaniecie wchłonięci przez specyficzną narrację, stając się częścią tamtego świata.

Tymański wspomina czasy dawne, dla części osób zupełnie nieznane czy to z racji młodego wieku, czy też zaplecza kulturowego, w jakim przyszło im dorastać. Na ponad czterystu stronach przywołuje arche całej formacji, założycielski mit związany z hasłem „Miasto. Masa. Masarnia”, uliczne prowokacyjne akcje Totartowych artystów, niekoniecznie chciane i przyjemne kontakty ze Służbą Bezpieczeństwa, antysystemowe działania odbijające się echem w pozostałych województwach, sowizdrzalskie koncepcje performance’ów czy rozwój sceny yassowej, której sam jest niekwestionowaną ikoną. Pokazując przy tym rzeczywistość schyłkowego PRL-u oraz walkę z polityczną i społeczną kołtunerią tamtych czasów, „Sclavus” okazuje się też książką ważną z punktu widzenia rozliczenia się przeszłością, a także cegiełką dołożoną do i tak już bogatej w tytuły krajowej literatury przełomu, ale opowiedzianą przy tym z perspektywy do tej pory nieznanej.

Autor dość sprawnie wplata w fabułę wypowiedzi ludzi, z którymi na pewnych etapach życia twórczego i towarzyskiego udało mu się nawiązać kontakt lub współpracę. Paweł „Koñjo” Konnak, Janusz „Jany” Waluszko, Zbigniew Sajnóg czy Mikołaj Trzaska to tylko ci bardziej rozpoznawalni, ale bohaterów drugo-, trzecioplanowych, a nawet epizodycznych jest tutaj multum. Ich historie się krzyżują, splatają, zazębiają lub rozchodzą, ale zawsze spoiwem jest dla nich postać Tymona-narratora oraz uniwersalne idee przyświecające Totartowej działalności.

„Sclavus” to pozycja inna niż wszystkie. Jako książka uzupełnia i rozwija wątki zaprezentowane w wydanej prawie dekadę temu autobiografii „ADHD”, której współtwórcą jest dziennikarz muzyczny Rafał Księżyk. To ciekawy dokument, zbiór wspomnień o czasach, które dla artystów stanowiły wyzwanie, ale i dużą inspirację. Tytuł, który może wydać się trudny w odbiorze, na co główny wpływ ma zapewne specyficzna forma przytaczanych historii. Jest jednak tekstem utrzymanym w atmosferze Totartowego spojrzenia na świat i opisywania go, przemawia przy tym do świadomości i poszerza horyzonty, a o to przecież w kontaktach ze sztuką chodzi. „Fucking good” jak stwierdził(by) ponoć John Lennon.

Obrazek domyślny
Mateusz Kołodziej

Nauczyciel j. polskiego, autor książek, były bloger muzyczny.