Dlaczego lubimy słuchać animowanego konia, który opowiada o depresji?

Zastanawialiście się kiedyś, co w obecnych czasach stanowi wyznacznik prawdziwej popularności? Jeśli odpowiedzią na to pytanie nie jest “merch w sieciówce”, nie wiem nic o konsumpcjonistycznym społeczeństwie – a jako przedstawiciel niechlubnej generacji Z, jestem w tym temacie ekspertem.  

Łatwo zauważyć, która marka wywalczyła stałe miejsce na wieszakach centrów handlowych, w wynikach sprzedaży prześcignąwszy królujących do tej pory Przyjaciół. Rick i Morty, Proszę Państwa. Choć opis fabuły kultowego już serialu Netflixa nie brzmi jak coś, co mogłoby zainteresować pełnoletnich widzów, jest wręcz odwrotnie. To właśnie dorośli masowo wykupują koszulki z ekscentrycznym naukowcem i jego wnukiem, dorośli też wynoszą na piedestał nihilistyczne działo na miarę naszych czasów – BoJacka Horsemana. Skąd ta popularność seriali animowanych dla dorosłych? 

Nie wiem czy wszyscy odbiorcy wspomnianych produkcji są jak ich tytułowi bohaterowie. Prawdę mówiąc, mam nadzieję, że nie. Co do jednego jednak nie mam wątpliwości: wszyscy jesteśmy jak Diane. Mimo, że doprowadziliśmy do perfekcji fetyszyzację smutku i pławimy się w swojej dekadencji, koniec końców i tak potrzebujemy chociaż na chwilę uciec do uśmiechu uroczego biszkoptowego Labradora. Tylko dla nas tą ucieczką są nie ramiona ukochanego, a żart i ironia. Te seriale do perfekcji opracowały podprogowe poruszanie doniosłych społecznie tematów, gdzie wszystko, choć bardzo aktualne, jest przy tym satyrą na najwyższym poziomie. Panel dyskusyjny o prawie do aborcji przy udziale samych mężczyzn? Chyba już to gdzieś widziałam. Zarówno żarty sytuacyjne, jak i słowne, są czasami na granicy dobrego smaku – a dzięki temu, w moim odczuciu, jeszcze zabawniejsze. Przez swój kontrowersyjny charakter, animacje są więc wolne od “poprawności politycznej”; zarówno tej prawdziwej, jak i tej urojonej przez białych heteroseksualnych mężczyzn, których prześladuje Netflix. Sposób, w jaki twórcy poruszają chociażby problem molestowania w branży filmowej, daleki jest bowiem od pretendujących do Oscarów ckliwych produkcji. 

Chciałabym z czystym sumieniem napisać, że to nie jest rozrywka najwyższych lotów, seans jest zawsze łatwy, bezrefleksyjny i przyjemny, ale umówmy się – kto widział, ten wie, że to nieprawda. Z badania rynku [czyt. rozesłania tytułowego pytania do znajomych na Facebooku] wynika jeden dość smutny dla konkurencyjnych produkcji wniosek: mimo całego odrealnienia animowanych uniwersów, to one w jakiś sposób najlepiej obrazują naszą rzeczywistość. Wystarczy chwila zastanowienia, by w pełni zrozumieć, dlaczego. Przez animowaną formę, dla twórców nie istnieje praktycznie żaden temat tabu, żaden Rubikon, po którego przekroczeniu pozostanie tylko niesmak. Nieprzepracowane traumy z dzieciństwa? Wóda i ćpanie? Daddy issues? Check. Efekt wyparcia, bo o depresji mówi w żarcie ironiczny koń, a nie ktoś, kto wygląda jak ja? Również – check. Nie bez powodu człowiekiem jest Todd, a nie BoJack – trudno byłoby nam się przyznać do tego, że zachowania Horsemana są po prostu na wskroś ludzkie. 

Jeśli już miałabym wysnuć jakąś jednoznaczną odpowiedź na tytułowe pytanie, powiedziałabym chyba, że z BoJackiem i Rickiem jest trochę jak z Halloween; w przypadku oglądania losów tych dżentelmenów zamiast wampirów, wilkołaków i innych zombie, zabawiają nas jednak samotność, zaburzenia emocjonalne, nałogi i niezrozumienie. Wyśmianie tego, co nas przeraża, wydawało mi się kiedyś bardzo amerykańskie. Teraz myślę, że to potrzeba niezależna od szerokości geograficznej, na której żyjemy. 

Default image
Magdalena Kwaśniok
Redaktorka. Prowadzi podcast Szum Sporego Miasta