Ludzie, czy wy widzicie, jak wasze dzieci rosną?

No pewnie nie widzicie, bo takich turbopowolnych zmian to się po prostu nie dostrzega. A potem przyjeżdża wujostwo spod Tomaszowa, rzewne historie, podpięcie laptoka do tivi i „aaaaa, patrzcie, to nasza Weroniczka szła do przedszkola!” – „Ależ wyrosła, już dorosła pannica z niej, tylko patrzeć, a będziecie się od adoratorów odganiać” – „Ach dajże spokój, Krystynko, przecież to dopiero siódma klasa, co też opowiadasz” – „No, szwagier, czas leci, dawaj! Za cały babski świat, za każdą z naszych bab…”

Tak samo nie zauważamy, jak pod blokiem zaczyna parkować jedno auto więcej. Bo to jedno auto więcej to był osiemdziesiąty szósty, jak Zbychu spod siódemki dostał talon na trabanta za trzydzieści pięć lat pracy w fabryce. Wtedy to widzieliśmy, ale z czasem jakoś przywykliśmy. Potem jeszcze ta biedna Danka, co to ją pierwszy mąż maltretował za młodu i potem wydała się za tego moczymordę Krystiana, też dochrapała się jakiejś wiekowej zastawy, co to ją potem syn na glanc wypucował i puścił z niemałym zyskiem jako „zabytek” na giełdzie w Mysłowicach. No jakoś to leciało tak. I jak sobie tak spojrzysz dwadzieścia, trzydzieści lat wstecz, to nawet z rozrzewnieniem przypominasz sobie, że w bloku naprzeciwko pierwsze auto to tak hucznie przyjmowano do grona rodziny, że aż radziecki telewizor Rubin się zdekompletował trzaskając o trotuar po uroczym locie z siódmego piętra. Teraz tylko jeszcze brakuje mema z nosaczem i „kurła, kiedyś to było”.

Ale jeśli mamy tak, że gdzieś mieszkaliśmy jakiś czas – na tyle długi, żeby „posmakować miejsca” i przyjeżdżamy tam po kilkuletniej przerwie, to wtedy widzimy coś innego. Nie widzimy, że jest dodatkowy samochód – tylko, że jest dodatkowy parking. Eeee, wróóóćććć, nie jeden. Jeden wielopoziomowy, zbudowany dla tych tebeesów. W sumie to są cztery, bo do tego tebeesowego dochodzi ten stary pod blokiem (zaraz, ale też jakiś taki rozbudowany chyba, no tak, przecież tam była alejka drzew…) i dwa nowe po drugiej stronie ulicy. Wtedy dopiero „widać” stopień samochodozy.

No właśnie, coraz częściej słychać nieśmiałe głosy opamiętania. To nie jest tak, że w ciągu trzech miesięcy zaoraliśmy pekaesy od Żywca po Bieszczady i „warszawka i krakówek” mają problem, żeby dostać się na modne miejscówki. Problem wykluczenia transportowego długo rozwijał się podskórnie, tak jak ziarno w glebie najpierw się ukorzenia, a dopiero potem kiełkuje. To nie jest tak, że przedwczoraj czy tam tydzień temu nagle na trawnikach przy Międzynarodowe Centrum Kongresowe w Katowicach wyrosły tojoty i folcwageny w ilościach hurtowych. Nie, najpierw jakiś nieśmiały trochę „przybrał” trawniczka, ale tak naprawdę niewiele. Już nie pamiętasz, jak to było. Potem jakiś sebix postawił bawarkę „w poprzek”, no to trzeba było, bo wie pani, nie było miejsca, nie było po prostu innego sposobu. I tak latami, krok po kroku. Jakiś szajbus kiedyś dzwonił na krawężniki, ale go spacyfikowali, bo miał gańdzię w kieszeni. Nie pomogły tłumaczenia, że pożyczone spodnie, że nie jego ręka.

Ale jacyś miejscy partyzaci ogrodniczy sadzą krzewy – tylko to kropla w morzu. Zarówno Katowice, jak i Sosnowiec pakują niewyobrażalne ilości betonu w… usprawnienie dojazdu. To znamienne, że w zasadzie bliźniacze inwestycje wyeliminują kłopotliwe skrzyżowania – Kościuszki w Piotrowicach i DK94 koło Makro zejdą na poziom minus jeden, a na gruncie pojawią się duże ronda, upłynniające ruch. Jeżeli odejdziemy od „perspektywy betonu”, od takiego czysto technicznego analizowania wskaźników wykonania, to możemy zapytać: czy chodzi o to, by samochodom było łatwiej? Czy chodzi o to, by (w efekcie tego, że jest łatwiej) tych samochodów było więcej? Zaraz, przecież już jest tych samochodów za dużo, a więc w końcu ma być więcej czy ma być mniej? No ma być mniej, chcemy kopenhagizacji miast, jakieś tam parki kieszonkowe, zieleń pionowa. Aaaaa, jeszcze drogi rowerowe. Tak, muszą być drogi rowerowe – jak rozbudujemy drogi rowerowe, to będzie więcej rowerzystów. Jak rozbudowujemy drogi samochodowe to będzie więcej, auć, daj już pan spokój z tą logiką, dość mamy larma na centra przesiadkowe, na buspasy. Przecież nikt normalny nie będzie jeździł tramwaje. „Jak będzie” porządna komunikacja, to wtedy może, ale teraz to nie, panie, zejdź pan na ziemię…

Czyli – tak naprawdę beneficjentami działań w dużych miastach nie są ich mieszkańcy, tylko mieszkańcy ośrodków ościennych. Korzyści ze sprawniejszego przejazdu koło Makro dotyczą raczej mieszkańców Dąbrowy Górniczej czy Olkusza niż Sosnowca. Podobnie przepust Kościuszki pod Armii Krajowej jest przede wszystkim prezentem dla mieszkańców Mikołowa, Łazisk, Orzesza czy Żor. Mieszkańcom funduje się za to większy natłok samochodów – niech sobie miejscowe dzieci nawdychają więcej spalin i niech poświęcą jeszcze trochę placów zabaw i innej wolnej przestrzeni. No a nie jest tak? Przecież tak naprawdę aż prosi się zacytować jednego z decydentów jednego z miast Metropolii GZM, który na wallu Znanego i Szanowanego Redaktora Wyborcza.pl Katowice napisał tak: „Kiedy będziemy mieli sprawniejszą komunikację publiczną i ścieżki rowerowe to będziemy mogli ograniczać samochody” – doprawdy trudno o lepszą puentę. Na razie nie możemy ograniczać samochodów, toteż robimy wiele, by było ich jeszcze więcej.

Btw. czy dziś ktoś płacze po zabytkowym kwartale w dzielnicy Dąb? Czy dziś ktoś pamięta, że Chorzowska miała (sumarycznie – góra i dół) o sześć pasów ruchu mniej na wysokości ronda? Zmiany zachodzą powoli, trudno je dostrzec „z bliska”, z poziomu codzienności…

Default image
Bartosz Mazur
Autor bloga UX Mobility.