Selektywna neutralność, czyli jak działa polityczna demobilizacja

Lokalny katowicki działacz Konfederacji Nowej Nadziei opublikował niedawno filmik komentujący zmiany polityczne na Węgrzech. Jego przesłanie było jasne: nadmierne ekscytowanie się zagranicznymi wyborami nie przekłada się na realne działania ani korzyści dla Polski, warto szanować demokratyczny wybór Węgrów i obserwować spokojnie, zamiast angażować się emocjonalnie w sprawy, które nas bezpośrednio nie dotyczą.

Brzmi rozsądnie. Problem w tym, że ten sam człowiek w listopadzie 2024 roku, gdy Donald Trump wygrał wybory prezydenckie w USA, nie zachowywał żadnego podobnego dystansu. Trzy zielone ptaszki, wyliczanka trumpowskich zapowiedzi jako powodów do radości, okrzyk „Teraz czas na Polskę!”, kampanijny hashtag „Mentzen 2025″. Żadnego „szanujmy demokratyczny wybór Amerykanów”. Żadnego „to nie nasza sprawa”.

Reklama

Tymczasem Grzegorz Franki, prezes Związku Górnośląskiego, po ogłoszeniu wyników wyborów zapytał na swoim profilu o los dwóch polityków PiS, którzy ukrywają się na Węgrzech przed polskim systemem prawnym. W odpowiedzi dostał komentarze, że po co się tym zajmować, że polityka męczy.

To nie jest filozofia nieangażowania się w politykę zagraniczną. To jest zarządzanie narracją w zależności od tego, kto wygrał. Czasem realizowana przez konkretnych działaczy, czasem przez boty, a czasem niesiona już przez falę zdemobilizowanych do obserwowania życia politycznego.

Zasada stosowana do wyników, nie do kategorii

Mechanizm jest prosty i powtarzalny. Kiedy zagraniczna polityka dostarcza argumentów zgodnych z linią ideologiczną – angażujemy się, cytujemy, świętujemy, używamy jej jako dowodu na słuszność własnych tez. Kiedy ta sama zagraniczna polityka przynosi wyniki niekorzystne – nagle odkrywamy, że to sprawy odległe, które nas bezpośrednio nie dotyczą.

Warto przy tym zauważyć, co jest w tym przypadku pomijane, bo interesowanie się wyborami zagranicą to tak naprawdę interesowanie się bezpieczeństwem, gospodarką i tym jakie są i będą relacje między państwami. Trudno uznać to za tematy, które „nas bezpośrednio nie dotyczą” – szczególnie dla partii, która deklaruje troskę o polską suwerenność.

Reklama

Co mówią badania

Selektywna neutralność jako strategia polityczna ma swoje naukowe zaplecze. Naukowcy z Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk, analizując 33 lata polskich wyborów w ramach badania POLPAN, ustalili, że o tym, która partia wygra wybory, decydują nie tyle przepływy elektoratów między partiami, ale to, czy wyborcy zmobilizują się do głosowania, czy też wręcz przeciwnie. We wszystkich wyborach w Polsce po 1989 roku wybory przegrywały te partie, które najwięcej traciły na demobilizacji wyborców, a wygrywały te, które najsilniej zmobilizowały poprzednio niegłosujących.

Przekłada się to na bardzo konkretną strategię wyborczą. Cel wzmożonej ofensywy obliczonej na demobilizację jest taki, żeby „letni” wyborcy, którzy byliby skłonni głosować w ogóle nie poszli do urn – żeby odpuścili zainteresowanie kampanią i uznali, że mają dość tej nawalanki. Partie radykalne rozumieją, że nienagrzani, mniej zaangażowani wyborcy środka są kluczowym zasobem dla umiarkowanych sił.

Badania PAN z 2023 roku pokazują jeszcze inny wymiar tego zjawiska. Poparcie dla systemu demokratycznego wydaje się być poparciem warunkowym – państwo funkcjonuje dobrze, ale tylko wtedy, kiedy wybory wygrywa „nasza” partia. W sytuacji, w której wyniki nie są zgodne z oczekiwaniami, cały system funkcjonowania państwa i wiara w zasadność demokracji zaczynają być kwestionowane. Cynizm wobec demokracji nie jest więc przypadkowym efektem ubocznym – jest zasobem, na którym skrajne ruchy aktywnie budują swoją siłę.

Brutalizacja jako metoda

Zobrzydzanie polityki nie dzieje się samo. Jest aktywnie produkowane. Skrajne ruchy polityczne od lat rozumieją, że im bardziej obrzydliwa i niezrozumiała wydaje się polityka zwykłym ludziom, tym łatwiej zmobilizować własny, twardy elektorat i zdemobilizować wszystkich pozostałych. Brutalizacja języka, mnożenie skandali, atmosfera permanentnego kryzysu – to nie są przypadkowe efekty polaryzacji. To często świadome narzędzia.

Komentarze w stylu „po co się tym zajmować” wpisują się w tę logikę dokładnie tak samo jak krzyki i wrzaski. Działają inaczej – spokojniej, pozornie rozsądniej – ale cel jest ten sam: sprawić, żeby jak najwięcej ludzi uznało, że polityka to nie ich sprawa, że wszystko jest takie samo, że głosowanie nic nie zmienia.

„Powiew normalności” — ale dla kogo?

Wróćmy do początku. W listopadzie 2024 roku działacz Konfederacji pisał o „pierwszym powiewie normalności w USA” po wygranej Trumpa. Wyliczał: zakaz operacji transgenderowych dla nieletnich, wycofanie z porozumienia paryskiego, zapowiedź „zniszczenia lewicowej cenzury”. To były — w jego ocenie — rzeczy ważne, warte ekscytacji, godne skomentowania i powiązania z polskimi aspiracjami politycznymi.

Kilkanaście miesięcy później węgierska opozycja wyprzedza Fidesz w sondażach o niemal 20 punktów procentowych, a pytania o polityków ukrywających się w Budapeszcie przed polskim wymiarem sprawiedliwości są politycznie kłopotliwe – i nagle zagraniczne wybory przestają być powodem do komentowania.

Reguła jest prosta: zagranica interesuje nas wtedy, gdy wygrywa nasz obóz. Kiedy przegrywa – to nie nasza sprawa.

Warto o tym pamiętać następnym razem, gdy ktoś będzie tłumaczył, że „nie ma się co ekscytować”. To zdanie rzadko znaczy to, co znaczy.

Sebastian Pypłacz
Sebastian Pypłacz

Redaktor naczelny Śląskiej Opinii. Członek zarządu Związku Górnośląskiego.

Newsletter Śląska Opinia

Zapisz się na nasz newsletter i zacznij dzień od najważniejszych informacji — bez krzyku i bez chaosu. Od poniedziałku do soboty o 7:00 rano w Twojej skrzynce czekać będzie poranne podsumowanie kluczowych wydarzeń ze świata, Polski i regionu.