Jest coś ujmującego w nagłym językowym oburzeniu Arkadiusza Chęcińskiego, osoby prezydenckiej miasta Sosnowiec. Jeszcze wczoraj język był dla niego polem symbolicznej walki o tożsamość, dziś – świętością, której „nie wolno traktować jak poligonu doświadczalnego”.
Bo kiedy prezydent Sosnowca walczył o wpisanie Zagłębia do nazwy metropolii, to nie przejmował się tym, czy nazwa będzie: zrozumiała, łatwa do zapamiętania, komunikacyjnie sprawna. Liczyła się symbolika. Efekt znamy wszyscy: Górnośląsko-Zagłębiowska Metropolia – twór, którego pełnej nazwy nie pamiętają ani mieszkańcy, ani dziennikarze, ani urzędnicy, ani sami samorządowcy, często myląc końcówki i kolejność tej zbitki.
I teraz ten sam polityk występuje w roli obrońcy zdrowego rozsądku, bo ktoś powiedział „osoby poselskie”. „Nie powiem, zagotowałem się, gdy usłyszałem, jak jeden z posłów rzuca określeniem „osoby poselskie”, a to wszystko na fali przepisów o neutralności płciowej w ogłoszeniach o pracę. Ludzie!” – grzmi prezydent w mediach społecznościowych.
Nagle okazuje się, że: język powinien być prosty, prawo musi być precyzyjne, a urzędy nie mogą się ośmieszać dziwacznymi konstrukcjami. Cóż za odkrycie.
Różnica między „osobami poselskimi” a „Górnośląsko-Zagłębiowską Metropolią” jest w gruncie rzeczy żadna. W obu przypadkach: ideologia wygrywa z użytecznością, symbolika wygrywa z komunikacją, a potem wszyscy są zdziwieni, że ludzie reagują śmiechem albo irytacją.
Dlatego oburzenie Arkadiusza Chęcińskiego brzmi dziś nie jak głos rozsądku, ale jak klasyczny przykład wybiórczej wrażliwości. Język jest problemem tylko wtedy, gdy ktoś inny go wygina. Gdy robi się to samemu – to już „walka o godność”, „tożsamość” i „należne miejsce”.
Osobo Prezydencka, spokojnie, język się rozwija, a wyborcy opozycji zawsze będą się śmiać z Koalicji Obywatelskiej. Gorzej, jak wyborcy koalicji zaczną się śmiać z rządu, że ani nie potrafi rozliczyć poprzedniej ekipy, ani nie poradził sobie z konkretami. Proszę nie wprowadzać tematów zastępczych.









