Choć od mojej rozmowy z Noah Kliegerem w 2014 roku minęło wiele lat, jego słowa nie tylko nie straciły na aktualności, ale w obliczu dzisiejszych wyzwań brzmią jeszcze mocniej. W świecie targanym wojną w Ukrainie, konfliktem izraelsko-palestyńskim i rosnącym populizmem jego świadectwo pozostaje niezmiernie żywe i ważne. Przypomina nam, że historia, choć często postrzegana jako odległa przeszłość, nie jest jedynie echem minionych czasów. To także ostrzeżenie, które wciąż domaga się naszej uwagi, bowiem milczenie i bierność wobec agresji to prosta droga do eskalacji zła. Jego opowieść o Auschwitz, o ludzkiej zdolności zarówno do okrucieństwa, jak i heroizmu, to nie tylko lekcja przeszłości, ale i wezwanie do czujności. Żyjemy w czasach, w których fakty są podważane, prawda relatywizowana, a historia zdaje się zataczać koło. To aktualny głos w dyskusji o tym, jak budować przyszłość, aby słowa „nigdy więcej” nie pozostały jedynie pustym hasłem. Pamięć – choć często bolesna – jest naszym obowiązkiem i jednym z najpotężniejszych narzędzi, które mogą uchronić ludzkość przed powtórką najczarniejszych kart historii. Klieger był jednym z nielicznych, którzy sprzeciwiali się krzywdzącym Polaków sformułowaniom, takim jak „polskie obozy zagłady” czy „polskie obozy koncentracyjne”. Za każdym razem podkreślał, że nie jest to tylko kwestia semantyki, lecz brak szacunku dla wszystkich ofiar II wojny światowej oraz fałszywe przerzucanie odpowiedzialności za zbrodnie Niemiec na innych. Dlatego dziś, gdy mija 80 lat od konferencji jałtańskiej, a fala populizmu i nacjonalizmu przeżywa swój renesans, zalewając Europę i świat, jego słowa brzmią szczególnie aktualnie. Serdecznie zapraszam Państwa do lektury wywiadu. Być może stanie się on przyczynkiem do głębszych refleksji i skłoni do zastanowienia się nad tym: Czy mimo trwającej już trzy lata wojny w Ukrainie zrobiliśmy wszystko, by powstrzymać imperialne ambicje Władimira Putina? Czy dramatyczna sytuacja cywilów w Strefie Gazy skłoni wreszcie społeczność międzynarodową do porzucenia bierności i podjęcia zdecydowanych działań na rzecz rozwiązania konfliktu izraelsko-palestyńskiego? I wreszcie – czy ostatnie wybory w Niemczech i rosnąca w siłę Alternatywa dla Niemiec (AfD) to jedynie przypadek? Refleksja nad historią i jej nieprzyswojonymi lekcjami Rozmowa z Noah Kliegerem, ocalałym z Auschwitz Narody, które nie pamiętają własnej historii, nie mają przyszłości... Aby powstrzymać nacjonalizmy i uniknąć przyszłych konfliktów na świecie, musimy pamiętać o Niemczech Hitlera. Musimy także pamiętać o Stalinie – człowieku, który może nie planował mordowania milionów ludzi, ale mimo to ich zabił. Musimy pamiętać, że nie można dopuścić do sytuacji, w której wielkie państwa znajdują się pod rządami dyktatorów i ich destrukcyjnych działań, bo to narusza fundamentalne zasady współistnienia międzynarodowego. (…) Zadaniem całego świata jest powstrzymanie Putina, pokazanie mu, że są granice, że są czerwone linie, bo jeśli nie, konsekwencje jego działań będą tragiczne dla wszystkich. Jeśli nie teraz, to w niedalekiej przyszłości. Mówię to wszystko, ponieważ czuję moralny obowiązek dotarcia do jak największej liczby ludzi i podkreślenia konieczności przeciwdziałania tragediom takim jak Holokaust – Noah Klieger, Kawaler Orderu Legii Honorowej Republiki Francuskiej, bohater filmu Boxing for Life. Jednym z fundamentalnych pytań naszej cywilizacji, które zdaje się być pozornie proste, jest „dlaczego”; jeśli człowiek nie potrafi go sobie zadać, otwiera to drogę do totalitaryzmu… Patrząc z tej perspektywy, co Twoim zdaniem sprawiło, że niemieckie społeczeństwo w 1933 roku zignorowało je, pozostawiając bez odpowiedzi? To pytanie, na które nie ma odpowiedzi. Nikt nie jest w stanie w pełni wyjaśnić fenomenu Niemiec lat trzydziestych i hitlerowskiej quasi-religii. Jak to możliwe, że miliony wykształconych, cywilizowanych ludzi mogły wybrać nikogo, błazna? Człowieka, który wyglądał jak błazen, zachowywał się jak błazen…Jak mogli oddać mu władzę? Jak mogli pójść za nim? To zjawisko wymyka się wszelkim wytłumaczeniom. Wielu historyków dostrzega w niemieckiej mentalności rozdarcie między marzeniem o pokoju a pokusą dominacji. Czy zgadzasz się z tym poglądem? Jak postrzegasz współczesne Niemcy? Nie jestem pewien, czy można to w pełni tłumaczyć niemiecką mentalnością, ale jedno jest pewne, dla Niemców osoba w mundurze – oficer, żołnierz, policjant, była w owym czasie symbolem autorytetu. Myślę, że w pewnym stopniu jest tak nadal. W tamtych latach jednak mundur miał szczególne, wręcz magiczne znaczenie. To właśnie dyscyplina i karność pchnęły ich w kierunku autokratyzmu, dlatego, gdy taki błazen jak Hitler kazał im się podporządkować, wykonywali jego rozkazy. Nie jest to oczywiście usprawiedliwieniem dla tych wszystkich okropnych zbrodni, jakich dopuścili się przed i w czasie II wojny światowej. Francuzi, dla porównania, nigdy nie poszliby za kimś takim jak Führer. Nie dlatego, że darzyli Żydów szczególną sympatią – to nie ma tu większego znaczenia. Francuzi po prostu nie lubią, gdy się im rozkazuje, z tego względu nie zaakceptowaliby nikogo, kto nakazywałby im zrobić coś wbrew ich woli. Dzisiejsze Niemcy są jednak inne, to już trzecie, czwarte pokolenie. Współczesna Europa, współczesny świat to miejsca kosmopolityczne, funkcjonujące inaczej niż w tamtych czasach. Niemcy nie są już tym samym narodem. Paradoksalnie, dziś są naszymi sojusznikami. Mając 15 lat zdecydowałeś się dołączyć do żydowskiego ruchu oporu, współpracującego z francuskim podziemiem. Będąc dzieckiem ryzykowałeś własne życie, by ratować innych. Co Cię do tego skłoniło? Czy odczuwałeś strach? Chciałem ratować ludzi, ratować Żydów. To właśnie robiliśmy, la Résistance” uratowała wielu z nich. Czy się bałem…nigdy i nadal się niczego nie boję. Wiem, że to brzmi zabawnie, ale to prawda. Nie boję się śmierci, wiem, że umrę. Nie spieszy mi się, ale wiem, że to nastąpi. Oczywiście nie chciałbym umrzeć chory, nie chciałbym siedzieć na wózku inwalidzkim, ani mieć Alzheimera chciałbym zasnąć i już się nie obudzić, ale to nie zależy ode mnie, nie decyduję o tym. To los zdecyduje. Jakie obrazy i przeżycia towarzyszyły Ci podczas transportu do Auschwitz? Co zapamiętałeś z pierwszego dnia po przybyciu do obozu? Pamiętam każdy dzień – drugi, trzeci i wszystkie kolejne…Pamiętam każdy szczegół: procedury, wypalanie numeru na lewym przedramieniu, pasiaste ubrania, które nazywaliśmy „piżamami”, ale to pierwszy dzień w obozie pozostanie w mojej pamięci na zawsze. Wtedy, już po kilku sekundach, stało się dla mnie jasne, czym tak naprawdę jest to miejsce. Zrozumiałem, że przetrwanie tutaj będzie wymagało nie tylko ogromnego lecz niemalże nieprawdopodobnego szczęścia. Droga do Auschwitz była koszmarem Podróżowaliśmy przez trzy dni i trzy noce z belgijskiego obozu Dossin Casern, który po flamandzku nazywa się Machelen. W jednym wagonie było nas osiemdziesięciu, a osiemdziesiąt osób to zdecydowanie za dużo, by mieć jakiekolwiek miejsce. Wczesnym rankiem 18 stycznia 1943 roku dotarliśmy do Auschwitz II. Staliśmy tam przez chwilę – było nas około tysiąca sześciuset: dziewięciuset mężczyzn i siedmiuset kobiet. Kobiety natychmiast oddzielono od mężczyzn i gdzieś zniknęły. Mężczyźni stali tam jeszcze przez około dziesięć, może piętnaście minut, a potem przyszło trzech esesmanów. Jeden z nich, później dowiedziałem się, że nazywał się Mengele, powiedział, że mamy jechać do obozu, który znajdował się dwanaście kilometrów stąd, ale nie ma wystarczającej liczby ciężarówek, więc tylko ci, którzy są słabsi, starsi, ci, którzy czują się źle lub są chorzy, pojadą nimi. Reszta będzie musiała iść pieszo. Byłem z młodym kolegą, Belgiem, Izym Wigodnym, który miał też szesnaście i pół roku. Wykorzystując fakt, że kabina ciężarówki była otwarta, wskoczyliśmy do niej pierwsi, bo nie mieliśmy najmniejszej ochoty iść dwanaście kilometrów w tym mrozie. W środku siedział młody esesman, po jego naszywce zorientowałem się, że to ochotnik z…