Trwają finały ligi NBA, czyli święto fanów koszykówki na całym świecie. Ale kto wie, czy czerwiec 2022 roku nie zostanie przez nich zapamiętany nie dzięki rywalizacji Celtics z Warriors, ale premierze filmu „Hustle” (polski tytuł „Rzut życia”) – historii o ciężkiej pracy, talencie, walce z rywalami i własnymi słabościami.

Filmów o koszykówce było wiele, ale tylko kilka można nazwać naprawdę wartościowymi. I nie mam wcale na myśli „Kosmicznego meczu”, który w połowie lat dziewięćdziesiątych wykorzystał globalny boom na tę dyscyplinę sportu i sprawił, że moje pokolenie tłumnie zapełniło kinowe sale. Te naprawdę warte uwagi tytuły poznaliśmy dopiero później, kiedy dziecięca lub młodzieńcza zajawka przerodziła się w dorosłe zainteresowanie nie tylko samą grą, ale jej genezą i tak zwaną kulturą. „Coach Carter”, „He Got Game”, „White Men Can’t Jump”, „The Way Back” to filmy, o których można rozmawiać z równie dużym zaangażowaniem i pasją, co o najbardziej pamiętnych meczach w historii NBA. „Hustle” w reżyserii Jeremiaha Zagara („My, zwierzęta”) ma potencjał, aby już dzisiaj stanąć z nimi w jednym szeregu.

Niech nie zwiedzie nikogo, że główną rolę w nowej produkcji Netflixa otrzymał Adam Sandler. Aktor, który rozpoznawalność zawdzięcza niekoniecznie ambitnym komediom, tym razem zmierzył się ze zgoła odmiennym repertuarem. Jako Stanley Sugarman, zmęczony swoją pracą skaut drużyny Philadelphia 76ers, stawia czoła nie tylko nieliczącemu się z jego opiniami szefowi, ale także własnej przeszłości i miłości do sportu, która – co nie będzie zaskoczeniem – potrafi być też wyniszczająca.

Sugarman w swoim fachu jest dobry, ale ma problem z włodarzami klubu, w którym pracuje. Ci, na czele z młodym, mściwym i nieradzącym sobie w biznesie właścicielem, niekoniecznie podzielają jego wizję gry. Nie widzą w zawodnikach tego, co dostrzega on – umiejętności, pasji, ale przede wszystkim czynnika ludzkiego. Kiedy Stanley znajduje nikomu nieznanego Bo Cruza, który umiejętnościami dorównuje koszykarzom występującym na co dzień w najlepszej lidze świata, okazuje się, że nikt nie chce dać mu szansy. To moment, w którym bohater zdaje sobie sprawę, że w NBA jest obecny od trzydziestu lat, s mimo tego „jest nikim”. Sugarman jednak nie poddaje się (wszak to produkt made in the USA) i tego samego wymaga od swojego podopiecznego. Brzmi znajomo? Powinno. „Hustle” to trochę takich filmowy patchwork. Filadelfijskie ulice w trakcie treningów biegowych do złudzenia przypominają te, które przemierzał Rocky Balboa (wykorzystano nawet motyw schodów, ale żeby nie zostać posądzonym o kopiowanie kultowych scen, scenarzyści nie skorzystali z tych prowadzących do Muzeum Sztuki), a młody koszykarz po pracy gra na pieniądze na osiedlowym boisku niczym Wesley Snipes i Woody Harrelson. Motyw odkrycia koszykarskiego talentu w odległej krainie również nie powinien nikogo zaskoczyć. Sugarman swój diament odnajduje na madryckiej ulicy, co przypomina przecież działania Jimmy’ego Dolana (granego przez Kevina Bacona), który w filmie „The Air Up There” (pl. „Król kosza”) po przyszłą gwiazdę parkietu udaje się aż do Afryki. Jeśli dodamy do tego znane z innych sportowych filmów wątki budowania relacji pomiędzy trenerem a graczem, pracy nad sobą, walki z demonami przeszłości, dążenia do spełnienia marzeń i realizacji typowego amerykańskiego snu, okazuje się, że „Hustle” nie jest obrazem innowacyjnym i odkrywającym dla światowej kinematografii nowe horyzonty. Netflix postawił na dobrze znany patent, ale ten zlepek sprawdzonych chwytów nie jest jednocześnie powodem do skreślenia pracy Zagra. Zgrabne żonglowanie pomysłami spowodowało, że obraz ogląda się dość dobrze. Nie przeszkadza nawet fabularna przewidywalność (chyba nie będzie żadnym spoilerem jeśli dodam, że Cruz ostatecznie znajduje zatrudnienie w NBA; przecież od początku wiadomo, że koniec będzie szczęśliwy) i nieco altruistyczna wizja świata zawodowego sportu (kto dzisiaj poświęci się dla nieznanego nikomu dwudziestodwulatka, rzuci pracę i postawi na szali swoje dobre imię?). To w końcu amerykańskie kino, w którym pewne rzeczy się po prostu nie zmieniają.

„Hustle” to także gratka dla miłośników basketu. Dynamiczne ujęcia i pełne energii zagrania można było osiągnąć dzięki dobremu montażowi, ale nieocenione okazały się też koszykarskie umiejętności. Tych nie brakuje zawodowym graczom, których popisy oglądamy w trakcie transmisji spotkań ligi NBA. Autorzy filmu zadbali więc o jak największą autentyczność i do roli Bo Cruza zaangażowali Juancho Hernangomeza. Jego głównego antagonistą zagrał natomiast Anthony Edwards. Na ekranie pojawili się też między innymi Tobias Harris, Trae Young, Kyle Lowry, Boban Marjanovića, trener Doc Rivers oraz byli zawodnicy z Kennym Smithem, Juliusem Ervingiem i Markiem Jacksonem na czele. Postaci, w które wcielili się Robert Duvall i Queen Latifah, z równie dobrym skutkiem mogli zagrać nawet mniej rozpoznawalni przedstawiciele filmowego świata.

Tak, „Hustle” jest filmem dla fanów koszykówki, chociaż znajomość tematu wcale nie okazuje się wymagana. To tytuł, który spodoba się widzom lubiącym amerykańskie kino w pełnej krasie – wprawdzie bez pościgów i strzelanin, ale z triumfującym dobrem, akcją opartą na historii bohatera zmagającego się z wewnętrznymi słabościami i radości z sukcesu, który niekoniecznie musi być przeliczany na pieniądze. Film do obejrzenia na platformie Netflix.

Obrazek domyślny
Mateusz Kołodziej

Nauczyciel j. polskiego, autor książek, były bloger muzyczny.