Jest słabo i bez szans na polepszenie?

Od kilku dni komentatorzy polityczni żyją sprawą partii Jarosława Gowina. W Partii Porozumienie, która jest częścią rządzącej Zjednoczonej Prawicy, zabrakło zjednoczenia i porozumienia. Część partii uznaje Jarosława Gowin za prezesa, część nie, a winę za to rozbicie ma ponosić opozycja lub Jarosław Kaczyński. Zależy od tego kogo zapytacie. Od tego jak sytuacja się rozwinie zależeć może sejmowa większość koalicji zbudowanej przez prawicowe partie wokół Prawa i Sprawiedliwości.

W 2017 roku Partia Porozumienie liczyła około 2000 członków, a przynajmniej taką liczbę ogłosił w tamtym roku Marcel Klinowski, członek prezydium partii. Od tych kilku tysięcy (uznajmy dobrodusznie, że partia powiększyła swoje grono) zależy sytuacja polityczna kraju. Trochę mnie to rozśmieszyło, ale i skłoniło do pewnych porównań.

Wiecie jaka jest najliczniejsza polska partia? Jeżeli powiedzieliście, że PSL to gratuluję. Partia ludowców ma około 100 000 członków (dane z 2016 roku). Na kolejnych miejscach są: Prawo i Sprawiedliwość – 45 000, Platforma Obywatelska – 33 000, Sojusz Lewicy Demokratycznej – 32 000, Wiosna – 5000, Solidarna Polska – 5000, Partia Razem – 3000. Dużo czy mało? Porównajmy z państwem, które wielu polityków wskazuje jako wzór demokracji – USA. W takiej Partii Demokratycznej jest zapisane 43 000 000 osób, a Republikańskiej – 30 000 000. Wiadomo inna skala, ale spójrzcie na to w procentach. Zaśmiejecie się.

Polską niechęć do uczestnictwa w życiu partii politycznych, można oczywiście zrzucić na piętno komunizmu, ale to byłoby zbyt proste. Przecież w polskiej polityce są już osoby, dla których komuna to coś o czym słyszeli tylko w opowieściach rodziców.

Skąd więc ta niechęć? Po pierwsze ze słabości i bierności lokalnych struktur, o których słychać najczęściej przy okazji sporów przy układaniu list wyborczych. A po drugie właśnie z tego powodu, że na takie istotne szczegóły jak listy wyborcze, większy wpływ mają partyjne centrale niż partyjne doły. Kończy się to zresztą tym, że częściej na dobrych pozycjach wyborczych są spadochroniarze lub osoby spoza partii, a wieloletni działacze zajmują się co najwyżej roznoszeniem ulotek i plakatów. Po trzecie – nabory do partii bywają utrudnione, wielokrotnie słyszałem o osobach chcących przystąpić do jakiegoś ugrupowania, które odbijały się od drzwi albo ich dokumenty przeleżały kilka miesięcy w jakiejś szufladzie.

Można by powiedzieć, że to choroby wieku dziecięcego. Tylko, że dwie największe siły (biorąc pod uwagę wyniki wyborcze) kończą w tym roku po 20 lat. 20 lat budowania struktur i nadal to wszystko kuleje.

Dodatkowo istnieje przedziwne przekonanie, że partia musi być jednorodna, ba, wielu kreuje je na sekty. Oczywiście duża w tym wszystkim „zasługa” liderów, którzy często są antypatyczni i brakuje im większości cech prawdziwych liderów.

Ale może Polacy po prostu nie potrzebują masowych organizacji? Poza Kościołem Katolickim (liczebność wiernych może i spada, ale to nadal najbardziej masowa organizacja) są jeszcze związki zawodowe – Solidarność ma jakieś pół miliona członków. Natomiast takie organizacje pozarządowe są daleko w tyle.

Dlaczego kościół ma taki wpływ na politykę? Dlaczego polska polityka wygląda jak wygląda? Ano właśnie dlatego, że budujemy demokrację na słabych organizacjach.

Default image
Sebastian Pypłacz
Redaktor naczelny Śląskiej Opinii. Wiceprezes stowarzyszenia BoMiasto. Członek zarządu Związku Górnośląskiego.