Górny Śląsk w 1945 roku

Wbrew temu, co przekazywała propaganda komunistyczna, rok 1945 nie przyniósł na Górnym Śląsku zapowiadanego wyzwolenia. Wręcz przeciwnie, rozegrały się wówczas wydarzenia, które przeszły do historii pod nazwą Tragedii Górnośląskiej. Składały się na nią zabójstwa, aresztowania, gwałty, rabunki, deportacje ludzi, czy wywózki sprzętu w głąb ZSRR. Terror dotknął przede wszystkim zachodnią część regionu (rejencja opolska), czyli obszar, który przed 1 września 1939 r. znajdował się w granicach III Rzeszy. Przedwojenną granicę polsko-niemiecką Armia Czerwona przekroczyła w rejonie Byczyny 19 stycznia 1945 r., biorąc na miejscowej ludności odwet za zbrodnie niemieckie na Wschodzie. Łącznie zginęło kilka tysięcy Górnoślązaków.

Zbrodnie na cywilach odznaczały się przypadkowością i masowością. Jedna z osób, które przeżyły Tragedię Górnośląską wspominała, że Rosjanie wtargnęli do jej domu rodzinnego, zabrali wszystkich mężczyzn a następnie ich rozstrzelali: „(…) egzekucję przeżył tylko tato. Po tym strzale tato był 2 lata sparaliżowany. Potem powoli odzyskał zdolność mówienia i poruszania się, do końca życia był kaleką. (…) My zastanawialiśmy się, dlaczego akurat u  nas żołnierze radzieccy dokonali tej egzekucji, zwłaszcza w tak okrutny sposób. Okazało się, że na podwórku obok Rosjanie znaleźli ciało swojego kolegi”. W ciągu tygodnia w Gliwicach zamordowanych zostało ok.  800 osób, zaś w Miechowicach, które były wówczas samodzielną gminą – jak wykazało śledztwo prowadzone przez prokuratorów IPN – zginęło co najmniej 240 osób, w tym ksiądz Jan Frenzl.

W Nysie obiektem agresji stały się siostry zakonne. Do podobnych wydarzeń dochodziło w wielu innych miejscowościach, także na części przedwojennego polskiego Górnego Śląska, przy czym skala zjawiska na tym terenie była nieporównywalnie mniejsza. Za oddziałami Armii Czerwonej wkraczały na Śląsk oddziały NKWD współpracujące z Kontrwywiadem Armii Czerwonej („Smiersz”). Ich zadaniem było oczyszczanie tyłów frontowych z tzw. „wrogiego elementu”. Operacja była przeprowadzana niezależnie od przedwojennego podziału terytorialnego, a jej podstawę stanowił rozkaz Ławrientija Berii z 11 stycznia 1945  r. uzupełniony rozkazem z 6 lutego. Rozkaz ten był nieprecyzyjny, a kategorie osób, które miały zostać aresztowane, bardzo szerokie. Znajdujący się w nim zapis o „innym, pozostałym wrogim elemencie” oznaczał, że w praktyce każdy mógł stracić wolność. Obok osób zaangażowanych w działalność aparatu władzy nazistowskiej represjom poddawani byli również członkowie podziemia niepodległościowego oraz wszyscy ci, którzy byli uwa-żani za „niebezpiecznych”.

W tym samym czasie rozpoczęły się deportacje kilkudziesięciu tysięcy osób, głównie zdrowych i młodych mężczyzn, których planowano wykorzystać do pracy w sowieckich łagrach. Tereny Górnego Śląska, a dokładnie rejencji opolskiej, stanowiły dla ZSRR swoistego rodzaju łup; chodziło zarówno o  infrastrukturę, jak i czynnik ludzki, zwłaszcza, że w czasie konferencji jałtańskiej Wielka Brytania i Stany Zjednoczone wyraziły zgodę na wykorzystanie niemieckiej siły roboczej, jako formy reparacji wojennych. Deportacje trwały w okresie od lutego do kwietnia 1945  r., a w ich wyniku ucierpiały przede wszystkim Gliwice, Bytom i Zabrze. Wynikało to z dwóch czynników – po pierwsze ze względu na znaczenie przemysłowe tychże miast osoby zatrudnione w zakładach przemysłowych zostały zwolnione ze służby wojskowej, po drugie stosunkowo niewielka ich część uciekła przed wkraczającą Armią Czerwoną.

12 lutego 1945 r. w różnych punktach miast i wsi pojawiły się dwujęzyczne polsko-niemieckie obwieszczenia, wzywające wszystkich mężczyzn w wieku od 17 do 50 lat, aby stawili się w  ciepłej odzieży, butach, z pościelą i zapasem żywności na 14 dni – tyle miały bowiem trwać ich prace przy usuwaniu szkód wojennych i uruchamianiu infrastruktury. Na wypadek gdyby Górnoślązacy nie chcieli zastosować się do zarządzenia grożono im karami, w tym zesłaniem na Syberię. Część osób zgłosiła się dobrowolnie, wierząc, że po dwóch tygodniach będzie mogła wrócić do swoich domów i rodzin. Prawda okazała się jednak zupełnie inna. Zdarzały się przypadki, że zabierano mężczyzn wracających z pracy do domu, bądź zatrzymywano ich miejscu zatrudnienia. Tak było w kopalni „Makoszowy” w Zabrzu. 28 marca 1945 r. w kopalni „Bobrek” w Bytomiu zatrzymano całą zmianę górników, wyjeżdżających na powierzchnię. W  Krasiejowie nakazano, aby w każdym domu wytypowana została jedna osoba do pracy.

Transporty rozpoczęły się w marcu 1945 r., a największa ich część wyruszyła ze stacji Pyskowice, gdzie doprowadzono – zgodne z wymogami sowieckimi – szerokie tory. Górnoślązacy trafiali do obozów rozmieszczonych na terenie całego ZSRR. Największa ich część, bo ok. 75% znalazła się na Ukrainie, w Regionie Doniecko-Nadnieprzańskim, który miał duże znaczenie gospodarcze ze względu na wydobycie węgla i pozyskiwanie rud żelaza. Część znalazła się w Aktiubińsku (Kazachstan), Kemerowsku (zachodnia Syberia) oraz na Uralu. Praca ponad siły, niedożywienie, fatalne warunki sa-nitarne oraz brak opieki medycznej pociągały za sobą liczne ofiary. Urodzony w Szopienicach Gerard Morgała wspominał, że w Żezkazganie na terytorium Kazachstanu „jedzenie przygotowywało się w ten sposób, że do kotłów wlewano wodę, stawiano ją na piecach a potem dorzucano do niech solone warzywa. Zesłani otrzymywali po chochli takiej zupy dwa razy dziennie, przed pracą i po powrocie. Do zupy nie dodawano żadnego mięsa ani tłuszczu. Dodatkowo raz dziennie otrzymywano po 400 g chleba. (…) Przyczynami zgonu były głównie wycieńczenie, tyfus i czerwonka. Ja po powrocie do kraju ważyłem 38 kg, przy wzroście 175 cm”.

Oprócz przemocy fizycznej na porządku dziennym była również przemoc psychiczna, polegająca na poniżaniu oraz zastraszaniu. Deportacje stanowiły olbrzymią tragedię dla tysięcy górnośląskich rodzin, które w wielu przypadkach traciły jedynego żywiciela rodziny i tym samym pozostawały bez jakichkolwiek środków do życia, co z kolei prowadziło je na skraj ubóstwa. Poruszając kwestię Tragedii Górnośląskiej nie należy zapominać o skomplikowanej sytuacji narodowościowej tego regionu. W obliczu ustanowienia nowych granic państwa polskiego i planów wysiedlenia ludności niemieckiej komuniści podjęli próbę uregulowania statusu narodowego Górnoślązaków. Mieszkańcom rejencji opolskiej dano szansę na otrzymanie polskiego obywatelstwa po uprzednim pozytywnym przejściu procedury weryfikacyjnej.

Uchwalona 28 kwietnia 1945 r. ustawa o obywatelstwie Państwa Polskiego osób narodowości polskiej zamieszkałych na obszarze Ziem Odzyskanych przyznawała prawo do obywatelstwa osobom, które miały przed 1 stycznia 1945 roku stałe miejsce zamieszkania na obszarze Ziem Odzyskanych, udowodniły przed komisją weryfikacyjną polskie pochodzenie, uzyskały od władz I instancji stwierdzenie przynależności narodowości polskiej i złożyły deklarację na wierność narodowi i państwu polskiemu. Do końca 1949 r. poświadczenie polskości otrzymało w tej części regionu ponad 850 tys. osób.Nieco inaczej wyglądała sprawa na terenie województwa śląskiego, gdzie Niemcy pozostawili spuściznę w postaci niemieckiej listy narodowościowej (DVL). Mieszkańcy tego obszaru zostali poddani tzw. rehabilitacji, mającej na celu przywrócenie im pełni praw obywatelskich. Osoby należące do grupy  I, jako uznane za Niemców, były początkowo wyłączone z tej procedury.

Posiadacze grupy II byli zobowiązani dowieść przez sądem, że zachowali polską odrębność. Górnoślązacy zaszeregowani do grupy trzeciej i czwartej musieli natomiast złożyć odpowiednią deklarację wierności narodowi i państwu polskiemu. Osoby, które nie złożyły wniosku o rehabilitację, bądź których wniosek został odrzucony pozbawiano praw honorowych i obywatelskich oraz majątku. Umieszczano ich także w  miejscach odosobnienia, gdzie były poddawane obowiązkowi pracy przymusowej. Dotyczyło to również mieszkańców regionu, których proces rehabilitacyjny nie został jeszcze zakończony. Skomplikowana sytuacja narodowościowa na tym terenie powodowała jednak, że dopuszczano się wielu nadużyć i często nie wnikano w świadomość narodową aresztowanych, kierując się chęcią pozyskania taniej siły roboczej, zagarnięcia ich majtku, czy zyskania miejsca dla ludności napływowej.

Rozpatrywanie wniosków o rehabilitację odbywało się bardzo wolno, dlatego też dekret Rządu Jedności Narodowej z 28 czerwca 1946 r. przewidywał, że do odpowiedzialności karnej zostaną pociągnięte tylko te osoby, które dobrowolnie zgłosiły swoją przynależność do narodu niemieckiego. Zakończenie akcji rehabilitacyjnej nastąpiło wraz z uchwaleniem ustawy z 20 lipca 1950  r. „o zniesieniu sankcji i ograniczeń wobec obywateli, którzy zgłosili swą przynależność do narodowości niemieckiej”. Polityka narodowościowa komunistów spowodowała również wysiedlenie z tego terenu osób uznanych za Niemców, których miejsce mieli zająć Polacy pochodzący z byłych ziem wschodnich oraz Polski centralnej.

W czerwcu i lipcu 1945  r. opracowany został zbiór metod, za pomocą których planowano „odniemczyć” górnośląskie miasta. Przedstawiciele ludności niemieckiej byli wypędzani z domów i odstawiani na granicy lub po prostu zmuszani do wyjazdu. Do końca 1945 r. teren Górnego Śląska opuściło w ten sposób ok. 120 tys. Niemców. Osoby narodowości niemieckiej, folksdojczów oraz podejrzanych o wrogi stosunek do nowej władzy umieszczano również w zachowanych poniemieckich obozach. Gerhard Gruschka swój pobyt w obozie w Świętochłowicach wspominał następująco: „Brama została otwarta, a my zapędzeni do obozu, do baraku po lewej stronie ulicy. Tu zostaliśmy odliczeni i pouczeni, że wszyscy jesteśmy nazistami i z tego powodu osadzeni będziemy w bloku nr 7, tzw. „‘brunatnym bloku’ ”. Osadzeni przetrzymywani byli w niezwykle ciężkich warunkach. Głód, ciężka praca oraz szerzące się epidemie były przyczyną licznych zgonów. Najwięcej ofiar odnotowano w Łambinowicach, w My-słowicach oraz w Świętochłowicach-Zgodzie.

„Tragedia Górnośląska” na trwale zapisała się w historii tego regionu i pamięci jego mieszkańców, którzy w jej konsekwencji zostali okaleczeni nie tylko fizycznie, ale również psychicznie. Pomimo upływu czasu w dalszym ciągu są to wspomnienia bardzo bolesne, czasami wręcz traumatyczne, przepełnione żalem i  niezrozumieniem, zwłaszcza, że przez ponad pół wieku Górnoślązacy nie mogli głośno mówić o tym, co ich spotkało. Doskonałym podsumowaniem jest fragment wspomnień Wincentego Zaremby, mieszkańca Przyszowic, który w 1945  r. został deportowany na teren Zagłębia Donieckiego: „(…)  gdy zmarł nagle, po przyjściu z pracy w kopalni, nasz najzdrowszy dotąd, silny i zawsze dobrej myśli, kolega z naszej miejscowości, zwątpiłem i chyba pojąłem, że i moje dni są policzone, Poszedłem na ubocze pod płot, płakałem i prosiłem Boga o ratunek. (…) Pod koniec października wreszcie, na zwołanym apelu, komendant obozu oświadczył nam, iż do końca października obóz zostanie zlikwidowany, a my, jednak nie wszyscy, pojedziemy do domu. (…) Bilans naszego pobytu w obozie Trudowskaja był straszny: przez obóz „przeszło” wg posiadanych informacji około 1500 ludzi; na listach powracających do domu było około 300 ludzi; do innego obozu pojechało 100 ludzi; w czasie transportu i w czasie pobytu w obozie zmarło nagle lub zaginęło około 1110 ludzi, to jest 75%. Z naszej grupy 20 powróciło do domu”.

Tekst pochodzi z pisma „Górnoślązak”

Default image
Angelika Blinda
Historyk, pracownik Oddziałowego Biura Edukacji Narodowej Instytutu Pamięci Narodowej w Katowicach.