Andrzej P. Urbas w książce zatytułowanej Czarne wzgórza  i Janosch w Cholonku areną tragicznych wydarzeń z 1945 roku czynią Zaborze. Obaj autorzy nie przedstawiają tego dziejowego momentu jako święta wolności. Janosch nie porzuca pikarejskiego tonu: wśród płonących domów, rabunków i katów przemocy, mężczyźni próbują wypić z żołnierzami wódkę (co prowadzi do strzelaniny w wyniku, której gnie trzydzieści osób), a kobiety przyzwyczają się do swojego losu, tak jak np.Tekla:

Kiedy jakiś Rosjanin dobijał się do drzwi Tekli (…) to ona wysyłała dziecko do sąsiadki, po czym odbywał się gwałt. Najpierw jednak rozścielała na szezlongu brudny obrus, który już i tak nadawał się do prania – bo żeby taki Ruski zdjął buty, długo trzeba by czekać. Te wschodnie narody nie umieją się zachować jak należy! – myślała Tekla.

Jak zdecydowaną ucieczką do realnego obrazu (terapeutyczną?) są te maskowane groteską obrazy z traumatycznego dzieciństwa niech świadczy zestawienie powyższej sceny z zapisem dziennikowym:

Walczę z odruchem wymiotnym i z kneblem, w rozpaczy ledwo łapię powietrze, a korpus mężczyzny rozgniata moje ciało. I jeszcze raz, i jeszcze wdziera się we mnie, jakby chciał mnie rozerwać (…) Przez zasłonę z łez spostrzegam następnego i jeszcze następnego. (…) Porzucaja mnie na posadzce jak bydlęcy ochłap. Mam się wykrwawić? Nieposkoromiona siła albo zupełna rozpacz każe mi wstać. Gdzie moje dzieci?

Urbas stara się utrwalać wydarzenia właśnie w myśl imperatywu ”trzeba dać świadectwo” i przywołuje wiele przemilczanych faktów z powojennej historii regionu – jedna z nich to  masowa  deportacja Ślązaków na Syberię, Ural i do Kazachstanu. 

W akcji tej pomaga jeden z miejscowych – komunista Gwóźdź z Zaborza Wsi, tworząc plakaty informacyjne w języku niemieckim, zawierające rozporządzenia radzieckiej komendantury. Jednym z nich było wezwanie mężczyzn do prac porządkowych.  

Ślązacy byli początkowo wywabiani z domu pod tym pretekstem i stawiali się na miejsca zbiórki, ale kiedy rozeszły się pogłoski o rzeczywistym celu tej mobilizacji, stali się ostrożniejsi. Zmieniła się i taktyka okupanta. Kandydatów do wyjazdu łapano więc w zakładach pracy i łapankach ulicznych. Każdy, kto wyszedł z domu, nie mógł być pewny, ze wróci jeszcze do niego (288) Tak stało się m.in. z bratem głównego bohatera, który po pierwszej wojnie światowej został inwalidą, a po zakończeniu drugiej stracił życie –  nie przeżył  transportu, a jego trupa wyrzucono z pociągu.

Powojenne represje połączyły i tych mieszkańców Śląska, którzy podkreślali swoją polskość i tych, którzy uważali się za Niemców ( i nazistów). To współcierpienie stało się – nie z ich winy – codą polsko-niemieckiej historii na Górnym Śląsku.  

 Wywożono nie tylko mieszkańców Śląska niemieckiego, ale i polskiego. Wśród wywożonych trafiali się działacze polskich organizacji, a nawet powstańcy śląscy. Nieliczni wrócili krótko po zakończeniu wojny, kolejni w latach 1947, 1950, a ostatni dopiero po roku 1956. (288).

Represje spotykające Górnoślązaków były więc stosowane według zasady odpowiedzialności zbiorowej – nie poddawano ich tylko tym, którzy współpracowali z Gestapo, ale i tch, którzy z nimi walczyli. Taki los spotkał chociażby Alfreda Orszulika z Bełku, powstańca śląskiego, więźnia Dachau, którego deportowano do Doniecka, gdzie wkrótce zmarł.

Historycy dzisiaj ujawniają wypowiedzi prominentych działaczy partyjnych, którzy już w maju 1945 roku apelowali do władz sowieckich o powstrzymanie wywózek. Z takim apelem wystąpił ówczesny wojewoda Aleksander Zawadzki: „Ludność na Śląsku była entuzjastycznie nastawiona wobec Związku Sowieckiego, dziś ludność ta jest zdecydowanie nieprzychylnie nastawiona, klnie. (…) Musi ustać wywózka. Była szczególna sytuacja. Obecnie front się zatrzymał.”

Z punktu widzenia lokalnej historii to wydarzenie było kolejną raną, która naznaczyła grupową świadomość:

Tak, mam nawet pewność, że deportacje dziadków moich górnośląskich rówieśników naruszyły ich więzi ze społecznością, która nie tylko nie zapobiegła tragedii, ale nierzadko czerpała z niej korzyści. To było doświadczenie totalnego osamotnienia – także w pamięci społecznej – i to ono zaciążyło na stosunku miejscowej ludności nie tylko do władzy komunistycznej, ale przede wszystkim do tej odmiany górnośląskiej polskości, która przecież także dla górnośląskich Niemców nie była zupełnie obcym elementem ich kulturowego obrazu.

Właśnie to poczucie głębokiej alienacji było istotną  przyczyną  emigracji do Zachodnich Niemiec. W jednym z dokumentów tamtej epoki zapisano zdanie: „Nasza ojczyzna stała nam się obcą”.

Krystian Węgrzynek, Języki mitu, historii, religii w literaturze na Górnym Śląsku, Wydawnictwo Naukowe „Śląsk”, Katowice 2018. Fragment rozdziału: Okres powojenny – górnośląskie tragedie

 Por. zakończenie powieści Bielasa „Sławna jak Sarajewo”

 Janosch, Cholonek, tłum.(cytowane tu fragmenty usunięte we wcześniejszych wydaniach przez cenzurę) E.Bielicka, Kraków 2011, s. 229. 

 H.Pluschke, Dziennik śląski W: Wypędzone. Wybór, tłumaczenie i opracownie E.Czerwiakowska, Warszawa 2013, s. 20-21.

 Mam na myśli relacje z niektórych wydarzeń. Poza tym sporo tu niezawoalowanej publicystyki.

 U Janoscha taką rolę odgrywa komunista Widera. ZOb. Janosch, Cholonek, przeł. L.Bielas,  Katowice 1990., s.228.

 J.Krzyk: Śląscy niewolnicy Stalina. „Gazeta Wyborcza. Ale Historia”, nr 8 (110), 24.02. 2014.

 Cyt. za: A.Dziurok, Musi ustać wywózka, „Tragedia Górnoślaska.” Dodatek do „Gościa Niedzielnego”, 25.01.2015,s.7.