Opinie

Oni już tu są. I mają mikrofon

Sebastian Pypłacz ·

Sobota, chwilę po piętnastej. Mężczyzna wjeżdża samochodem na Rynek Główny w Krakowie i zaczyna strzelać do przypadkowych ludzi. Są ofiary śmiertelne, a kilkanaście osób jest rannych. Napastnika postrzelił policjant. Funkcjonariusze zostali ranni. Jeden z nich dostał trzy kule i trafił na stół operacyjny w bardzo ciężkim stanie.

To jest ta część historii, o której powinniśmy dziś mówić. Człowiek w mundurze biegnie w stronę strzałów, a nie od nich. Robi to, za co mu płacimy, i płaci za to własną krwią.

Chwile póżniej na antenę Telewizji Republika wchodzi jej prezes, Tomasz Sakiewicz. Relacjonuje z miejsca, że nie ma tam ani jednego policjanta, że zwłok pilnuje straż miejska. Dorzuca tezę, że prawdopodobnie wszystkie rezerwy policji wywieziono do Warszawy – pod Trybunał Konstytucyjny. Odpowiada mu tłum, który przepędza go z miejsca.

Jest w tym jeszcze jeden wątek, trudny do przemilczenia. Od tygodnia słyszymy z anteny TV Republika, że w Warszawie trwa zamach stanu. Skoro tak, to w dniu, w którym państwo rzekomo się wali, szef telewizji alarmującej o końcu demokracji nagle odnajduje się kilkaset metrów od krakowskiego Rynku. Wolno mu, jasne. Tylko niech potem nie dziwi, że coraz mniej osób traktuje te alarmy o zamachu stanu jako opis rzeczywistości, a coraz więcej – jako format programu.

Nie wierzę w cancelowanie całych opcji politycznych. Wypychanie ludzi poza debatę zwykle daje im tylko status męczenników i lepsze zasięgi. Ale jest różnica między poglądem a podawaniem na żywo, w trakcie trwającego ataku, nieprawdziwych informacji o sprawcach i nieobecności służb. Wprost szerzenie strachu i dezinformacji.

Prawo prasowe nakłada na dziennikarzy obowiązek szczególnej staranności i rzetelności. W normalnie działającym państwie takim materiałem zajęliby się regulator i prokuratura – nie po to, by zamknąć komuś usta, tylko po to, by sprawdzić, czy nadawca nie złamał elementarnych zasad w sytuacji zagrożenia życia. A w przypadku takiego zachowania w komencie zagrożenia, w momencie wojny za granicą i w momencie szerzącej się rosyjskiej dezinformacji - powinny się tym zainteresować także służby odpowiadające na bezpieczeństwo. I liczę na to w tym momencie bardziej niż na przywrócenie praworządności.

Do tego czasu mamy narzędzia, które mogą zadziałać bez zgody polityków czy dowódców służb.

Pierwsze to reklamodawcy. Każda marka, której spot leci między „zwłok pilnuje straż miejska” a „nie ma policjantów”, kupuje ten kontekst. Warto, żeby o tym wiedziała – i żeby wiedzieli jej klienci. Nie chodzi o nagonkę, tylko o prosty komunikat: wasz budżet finansuje dezinformację w trakcie zamachu. Niech działy marketingu same zdecydują, czy to ich problem.

Drugie to goście. Każdy polityk, ekspert, samorządowiec czy celebryta, który siada w tym studiu, użycza mu swojej wiarygodności. Po sobocie nikt nie może już powiedzieć, że nie wiedział, w jakim programie występuje.

W czwartek, 5 listopada, Stowarzyszenie Demagog uruchomiło kampanię „Oni już tu są. Zobacz, jak działają”. Pokazuje mechanizmy rosyjskiej dezinformacji – to, jak fałszywe treści służą pogłębianiu podziałów i wpływaniu na decyzje wyborców. W centrum Warszawy stanęła instalacja w dawnej budce telefonicznej, a organizatorzy apelują do władz o powołanie grupy roboczej i procedur informowania obywateli o próbach ingerencji przed wyborami parlamentarnymi w 2027 roku. Podpisaliśmy się jako Śląska Opinia pod tym apelem.

Dwa dni później dostaliśmy wszyscy przykład z podręcznika. Operacje wpływu nie muszą niczego wymyślać od zera. Wystarczy im materiał, który produkujemy sami: „państwo was nie chroni”, „policja pilnuje polityków, a nie ludzi”. Takie emocje kreowane były w telewizji przez samego prezesa prywatnej stacji, w godzinę po zamachu, zanim ktokolwiek zdążył cokolwiek sprawdzić. Dalej poniosły te narracje boty, trolle i zwykli, przestraszeni ludzie.

Nie twierdzę, że ktokolwiek w Republice pracuje dla Kremla. Twierdzę, że nie musi.

Oni już tu są, a z nimi bandy pożytecznych idiotów.