Wojna, którą Trump jednak zakończył. Demokraci dominują w amerykańskich wyborach

Sebastian Pypłacz ·

Od połowy nocy oglądam amerykańską telewizję. Kolejne studia, wielkie mapy, prowadzący przesuwają palcami po stanach, które jeszcze wczoraj uchodziły za pewne. Co kilkadziesiąt minut wraca to samo zdanie, wypowiadane z coraz mniejszą ostrożnością: Demokraci wygrywają, a przecież nie policzyliśmy jeszcze głosów z niebieskich bastionów. Tej nocy są zapasem, którego nikt nie potrzebuje.

Bo rozstrzygnięcia zapadają gdzie indziej. W Teksasie James Talarico pokonał Kena Paxtona i został pierwszym od 1988 roku demokratycznym senatorem z tego stanu. Demokraci biorą tam też fotel gubernatora. W Ohio do Senatu wraca Sherrod Brown. Dalej idą Karolina Północna, Kansas, Iowa i Karolina Południowa. Komentatorzy powtarzają, że większość Amerykanów nie pamięta takiej sytuacji, i nie ma w tym przesady. W wielu z tych miejsc republikańska dominacja trwała dłużej niż kariery ludzi, którzy dziś o niej opowiadają w studiu.

Można wzruszyć ramionami: wybory w połowie kadencji tradycyjnie karzą partię prezydenta. Ale co innego stracić kilkanaście miejsc w Izbie Reprezentantów, a co innego przegrać w stanach, które partia traktowała jak zaplecze, a nie pole bitwy. Wyborcy zakwestionowali politykę Donalda Trumpa. Prezydent sam zresztą ustawił stawkę. Od miesięcy mówił, że te wybory są testem jego prezydentury, że trzeba wygrać i Senat, i Izbę. Na republikańskiej konwencji obiecywał „dywidendę Trumpa”, czyli czeki dla każdego Amerykanina, jeśli partia utrzyma Kongres.

Donald Trump lubi powtarzać, że kończy wojny. Można zażartować, że tej nocy okazuje się, że jedną rzeczywiście zakończył: amerykańsko-amerykańską. Przez lata front przebiegał wyraźnie. Czerwone stany przeciw niebieskim, „prawdziwa Ameryka” przeciw elitom z wybrzeży. Na tym podziale zbudowano całe kampanie, media i tożsamości. Dziś ta linia przestała się trzymać, bo po obu jej stronach ludzie zagłosowali podobnie. Prezydent zjednoczył Amerykanów, tylko nie wokół siebie, a przeciw sobie.

Przez dwa ostatnie lata kadencji Trumpa Waszyngton będzie miał władzę podzieloną. Demokraci zyskują narzędzia kontroli, czyli komisje śledcze, budżet i zatwierdzanie nominacji. Podziały, które napędzały amerykańską politykę, nie zniknęły w ciągu jednej nocy. Po prostu tym razem nie zdecydowały o wyniku.