Opinie

Polityka nie bierze wolnego

Sebastian Pypłacz ·

Za nami długi weekend: znicze, korki pod cmentarzami, rodzinne rozmowy przy grobach i potem przy stole. Wydawało się, że to dobry moment, żeby choć na chwilę odłożyć politykę. Nic z tego. Wystarczyło zerknąć w telefon między jedną alejką a drugą, żeby zobaczyć, że spór trwa jak zwykle. Ktoś coś ogłosił, ktoś inny to skomentował i tak dalej.

Nie ma w tym nic dziwnego. Polityka nie zna kalendarza świąt, bo nie jest zajęciem garstki ludzi w garniturach. To sposób, w jaki wspólnota decyduje o sobie. Polityka nie wybiera momentu, w którym nas dotyczy. Dotyczy nas cały czas.

To jednak nie znaczy, że musi być cały czas głośna. Głośność to w dużej mierze nasz wybór jako odbiorców. Krzykacze, niezależnie od barw, żyją z uwagi. Ich narracje są skrojone tak, żeby wywołać odruch: oburzenie, strach albo poczucie, że jutro może być za późno. Kiedy przejmujemy ich język, zaczynamy rozmawiać w ich ramach, a wtedy spór wygrywa ten, kto mocniej uderzy w emocje, a nie ten, kto ma rację. Spokojniejsza polityka nie bierze się z tego, że politycy nagle zmądrzeją. Bierze się z tego, że mniej z nas daje się wciągnąć w cudzy scenariusz.

Dobry test czeka nas od razu. W tym tygodniu Trybunał Konstytucyjny będzie odmieniany przez wszystkie przypadki. Sprawa jest poważna i zasługuje na poważną rozmowę, bo chodzi o instytucję, która ma pilnować, żeby prawo zgadzało się z konstytucją. Właśnie dlatego nie warto oddawać jej tym, którzy traktują ją jako paliwo do kolejnej awantury. Zanim podamy dalej następny alarmujący wpis, warto zadać kilka nudnych pytań. Co dokładnie się wydarzyło? Jaki jest stan prawny? Kto realnie podejmuje decyzję i co z niej wynika dla zwykłego obywatela? Na te pytania rzadko odpowiada się okrzykiem. Częściej wymagają przeczytania czegoś do końca.

Tymczasem za oceanem we wtorek Amerykanie pójdą do urn. Wybory połówkowe, czyli midterms, zdecydują o składzie całej Izby Reprezentantów, mniej więcej jednej trzeciej Senatu i o wielu stanowiskach gubernatorskich. Usłyszymy zapewne, że to najważniejsze wybory w historii Stanów Zjednoczonych. Znamy to dobrze, bo ostatnio mówimy tak przy każdych wyborach w Polsce.

Łatwo się z tego śmiać, bo fraza zużyła się od nadmiaru. Ma jednak w sobie ziarno prawdy, choć nie takie, jakie mają na myśli ci, którzy jej używają. Każde wybory są najważniejsze z prostego powodu: to te, które właśnie mamy. Poprzednich nie da się powtórzyć, a następne będą zależały od tego, co postanowimy teraz. Dotyczy to Waszyngtonu, Warszawy i każdego innego miejsca, gdzie wybory są wolne i uczciwe. Ten warunek jest tu kluczowy. Dzień, w którym przestaniemy mówić, że wybory są najważniejsze, nie będzie świadczył o naszym dystansie. Będzie znaczył, że przestały cokolwiek rozstrzygać.

Jest jednak różnica między traktowaniem wyborów poważnie a traktowaniem ich histerycznie. Poważnie znaczy: sprawdzić, na kogo i dlaczego się głosuje, zrozumieć, jakie są stawki, i przyjąć wynik, nawet jeśli nie jest po naszej myśli. Histerycznie znaczy: uwierzyć, że każda kampania to ostatnia bitwa cywilizacji, a każdy przeciwnik to wróg, którego trzeba zniszczyć. Pierwsza postawa wzmacnia demokrację. Druga ją powoli zużywa.

Polityka będzie się działa zawsze: w święta, w długie weekendy, w tygodnie, które miały być spokojne. Nie musimy się od niej odcinać, żeby zachować równowagę. Wystarczy, że będziemy uważniej wybierać, czego słuchamy, i że naszej uwagi nie dostanie automatycznie ten, kto krzyczy najgłośniej. Spokój w polityce to nie obojętność.