Jest sobota 24 października, godzina 4:36. Kiedy Praga jeszcze śpi, czeski parlament próbuje w pierwszym czytaniu przepchnąć ustawę znoszącą opłatę telewizyjną-radiową. Dlaczego rząd Andreja Babiša gromadzi się po nocach, dodatkowo w weekend, tylko po to, żeby zwolnić Czechów z opłaty za media? Po pierwsze, uchwalony budżet na radio i telewizję wynosi prawie tyle samo, co w 2008 roku — nie uwzględniając przy tym inflacji. Po drugie, w sektorze kultury finansowane będą jedynie te podmioty, które nie angażują się politycznie. Zniesienie opłaty radiowo-telewizyjnej nie gwarantuje wolności mediów. Czesi zdają sobie z tego sprawę. W przeddzień głosowania, około godziny 15:30 na placu Malá Strana gromadzą się pierwsi protestujący. Niektórzy stoją całą noc, zostając na placu do wczesnego rana. Media nazywają ten zryw obywatelski najdłużej trwającą demonstracją w historii Czech i porównują protest do wydarzeń z 1968 roku, o których Praga wciąż pamięta. Skojarzenia z Praską Wiosną nie są spowodowane wyłącznie wielkością protestów, ale też, jeśli nie przede wszystkim, walką z narzucaną przez rząd cenzurą i obawą o utracenie wolności wypowiedzi. Ramę czasową Praskiej Wiosny wyznaczają dwa wydarzenia: objęcie przez Alexandra Dubčeka stanowiska przywódcy Komunistycznej Partii Czechosłowacji w dniu 5 stycznia 1968 roku i inwazja wojsk Układu Warszawskiego w nocy z 20 na 21 sierpnia tego samego roku. Aby zrozumieć pełny kontekst wydarzeń, należy potrafić spojrzeć wstecz. Jednak zamiast opisywać wydarzenia w Pradze, przyjrzymy się protestom w Rzeczpospolitej Ludowej, której wojska brały udział w zbrojnej interwencji. Jak ze zdjęcia Kochana Marysiu, nie płacz. Szkoda sił, a będą ci potrzebne. Jestem pewny, że to dla tej chwili żyłem 60 lat. Wybacz, nie można było inaczej. Po to, żeby nie zginęła prawda, człowieczeństwo, wolność ginę, a to mniejsze zło niż śmierć milionów. Nie przyjeżdżaj do Warszawy. Mnie już nikt nie pomoże. Dojeżdżamy do Warszawy, piszę w pociągu, dlatego krzywo. Jest mi tak dobrze, czuję spokój wewnętrzny jak nigdy w życiu. Treść listu napisanego przez Ryszarda Siwca dotarła do żony dopiero po 22 latach. Stało się tak z uwagi na prężnie działającą Służbę Bezpieczeństwa, która przechwyciła wiadomość, zanim ta opuściła pocztę. Nie były to ostatnie słowa spisane przez Siwca na papierze. Te spisał i następnie przedrukował w formie ulotek, które rozrzucił chwilę przed aktem samospalenia. Nie znamy dokładnej treści, ponieważ materiały przejęła Służba Bezpieczeństwa i zniszczyła. Wiemy natomiast, jak brzmiało pierwsze zdanie: Protestuję przeciwko niesprowokowanej agresji na bratnią Czechosłowację. Czy Jan Palach, podpalając się w geście protestu przeciw wkroczeniu wojsk Układu Warszawskiego do Pragi, inspirował się Siwcem? Praski student dokonał aktu samospalenia 16 stycznia 1969 roku, ponad trzy miesiące po proteście na stadionie dziesięciolecia. Jednak media w Polsce milczały. Dopiero wiosną 1969 roku, już po samobójczym geście Jana Palacha, informację o czynach Ryszarda Siwca podało Radio Wolna Europa. Pozostaje prawdopodobne, że Siwiec i Palach inspirowali się tą samą osobą — buddyjskim mnichem Thích Quảng Ðức, który na ulicach Sajgonu, gestem samospalenia, zaprotestował przeciw prześladowaniu buddyzmu przez prezydenta Ngô Đình Diệma, fanatycznego katolika i prezydenta Wietnamu Południowego. Jednak skąd student z Pragi i księgowy z Przemyśla, obaj odcięci od świata żelazną kurtyną, wiedzieli co się dzieje w Azji południowo-wschodniej? Sytuacja w Wietnamie Południowym była szeroko komentowana, również w krajach bloku wschodniego. Do nagłośnienia aktu samospalenia Thích Quảng Ðứca najbardziej przyczyniło się zdjęcie wykonane przez amerykańskiego fotografa Malcolma Browna, które zajęło pierwsze miejsce w konkursie World Press Photo 1963. Ryszarda Siwca też sfotografowano. Udało się to Leszkowi Lożyńskiemu, który po latach opisywał warszawskie dożynki: W pewnym momencie zauważyłem po drugiej stronie stadionu, jako że sam siedziałem niedaleko trybuny honorowej, jakieś zamieszanie. Miałem założony do aparatu obiektyw 300 milimetrów. Spojrzałem przez niego i zobaczyłem że jest jakaś sprawa, coś się tam pali. Nacisnąłem migawkę i zrobiłem zdjęcie. Ale wtedy okazało się, że to było ostatnie zdjęcie, więc musiałem zmienić film. Założyłem nowy i zrobiłem kolejne zdjęcie, ten płonący był już ugaszony. Zobaczyłem, że na fotografii — kiedy go już sprowadzają takiego popalonego — stoją reporterzy, ale żaden nie robi zdjęcia. Przyglądają się albo rozmawiają. Nikt nie podniósł aparatu do oka. Oni nie po to przyszli na stadion. Oni przyszli, aby robić dożynki, a nie jakiegoś tam człowieka, który przez przypadek się podpalił. Tak nas szkolono, aby robić tylko to, co do nas należy. Ten incydent nie zrobił wtedy na mnie żadnego wrażenia. Myślę, że nie zrobił też specjalnego wrażenia na widzach, którzy byli obok. Parę dni wcześniej wróciłem z Czechosłowacji, gdzie fotografowałem nasze wojska w akcji. A jak tu zobaczyłem palącego się człowieka, nie przyszło mi w ogóle na myśl, że można te dwa fakty skojarzyć. Lenin w górach Mieli po dwadzieścia parę lat i należeli do Ruchu — największej konspiracyjnej opozycji demokratycznej w Rzeczpospolitej Ludowej za rządów Gomułki. Stefan Niesiołowski był świeżo po studiach na Wydziale Biologii i Nauk o Ziemii na Uniwersytecie Łódzkim, gdzie objął stanowisko pracownika naukowego. Rok młodszy Wojciech Majda był scenografem filmowym i teatralnym. 21 sierpnia 1968 roku, kiedy wojska Układu Warszawskiego zajęły Pragę, mężczyźni zdobywali Rysy, będące nie tylko najwyższym szczytem w kraju, ale również dawną granicą między Polską a Czechosłowacją. W trudnych warunkach pogodowych zdobyli słynne 2499 metrów. Stanęli na najwyższym szczycie po polskiej stronie, następnie zaczęli odkręcać śrubki trzymające tablicę upamiętniającą wejście Lenina na Rysy w 1913 roku. Po chwili mosiężna płyta, wielka jak okno — jak wspomina Niesiołowski, leciała w dół Tatr Wysokich. Gest członków Ruchu był postawą sprzeciwu wobec agresji na Czechosłowację, jednak można go uznać za próbę korekty przedstawianych wydarzeń historycznych. W Krakowie Lenin mieszkał przez dwa lata, do momentu wybuchu pierwszej wojny światowej. O doświadczeniach miasta pisał w listach: … ja już całkiem przywykłem do krakowskiego trybu życia, zaściankowego, spokojnego, sennego, ale pod niektórymi względami wygodniejszego niż paryskie. Lenin bywał w Tatrach i na Podhalu. We wsi Biały Dunajec mieszkali z żoną dwukrotnie: między majem i październikiem 1913 roku i rok później, od maja 1914 roku do momentu aresztowania w Nowym Targu, co miało miejsce 8 sierpnia, krótko po wybuchu Wielkiej Wojny. Mimo dobrze udokumentowanego życia na Podhalu — wiadomo nawet od kogo małżeństwo wynajmowało mieszkanie, nie zachowały się żadne dowody na zdobycie najwyższego szczytu Polski przez Włodzimierza Lenina. Zdobył czy nie, nie ma to większego znaczenia, ponieważ każda informacja używana w celach propagandowych staje się w pewnym sensie post-prawdą. Wejście przyszłego wodza rewolucji październikowej na Rysy służyło władzom Rzeczpospolitej Ludowej jako paliwo propagandowe. W 1952 wytyczono szlak Lenina, który, podobnie jak pamiątkowa tablica, wielokrotnie był dewastowany, zarówno przez wspinaczy jak i mieszkańców regionu. Dlatego każda odkręcona śrubka z pamiątkowej płyty i każde przekreślone oznakowanie szlaku z Zakopanego do Poronina, bo taką trasą przebiegał wspomniany szlak Lenina, nie jest podważaniem sprawności fizycznej pierwszego przywódcy Rosji Radzieckiej, a symbolicznym gestem wymierzonym w opresyjny ustrój. Cała ta pompatyczność momentami stawała się groteskowa, o czym świadczy fragment tekstu Na szlaku tatrzańskim, opublikowanego na łamach Gazety Robotniczej w listopadzie 1955 roku: Włodzimierz Iljicz zdaje się nie odczuwać zmęczenia. Cały pochłonięty jest widokami otaczającej go przyrody. Tablica upamiętniająca wejście Lenina na Rysy została zamontowana przez władze Republiki Czechosłowackiej w 1…