To była gorąca polityczna noc. Tusk napisał, że przywracanie rządów prawa jest bolesne, ale „innej drogi nie ma”; Żurek tego samego dnia skierował pięć wniosków o uchylenie immunitetów. Kaczyński mówił o zamachu na Trybunał, Mentzen o zamachu stanu, Duda cytował art. 128 Kodeksu karnego, a prezydent Nawrocki zawrócił samolot z lotu do Senegalu, wszedł nocą (niemal z buta) do gmachu przy Szucha i nad ranem ogłosił naruszenie porządku konstytucyjnego oraz pilne konsultacje sił parlamentarnych. „Innej drogi nie ma” i „zamach stanu” mają wspólną cechę: oba zdania zamykają rozmowę - pierwsze mówi, że nie ma o czym, drugie, że nie ma z kim. Warto przy tym pamiętać, że role w tym spektaklu były kiedyś obsadzone odwrotnie. Przez osiem lat rządów PiS to wyborcy i politycy dzisiejszej koalicji stali pod sądami w całym kraju ze świecami i konstytucją w ręku, protestując przeciwko przejmowaniu instytucji metodą faktów dokonanych. Oburzenie na przejmowanie organów państwa brzmi szczególnie dziwnie w ustach ludzi, którzy wymyślili tę metodę i opatentowali ją na osiem lat. Dziś obóz rządzący tłumaczy, że proces jest „czasem bolesny”, a obecna opozycja odkryła nagle wartość niezależnych instytucji. Zamieniły się miejsca. Sedno jest takie: przez dziesięć lat Trybunał był łupem jednej strony. Można mieć rację co do wadliwego składu od 2015 roku i jednocześnie nie mieć racji co do sposobu usuwania tej wady - jedno nie znosi drugiego. Niezależnie od tego kto ma rację, albo kto ma siłę fizyczną - TK potrzebuje czegoś w stylu resetu.