Fundusz Kościelny jest jak stary mebel po babci: wszyscy zgodnie uważają, że nie pasuje do mieszkania, i nikt nie ma odwagi go wynieść. Punkt 16. ze „100 konkretów” brzmiał krótko: zlikwidujemy. Minęły trzy lata i w przyjętej przez Sejm 5 grudnia ustawie budżetowej na 2026 rok na jego rzecz przewidziano dotację w wysokości 272,6 mln zł, a na 2027 rok zaplanowano już ponad 283 miliony. Relikt z 1950 roku nie tylko nie umarł, ale ma się lepiej niż za jakiegokolwiek poprzedniego rządu, co jest osiągnięciem dość przewrotnym jak na koalicję, która szła do wyborów z hasłem rozdziału państwa od Kościoła. Likwidacja została powierzona Międzyresortowemu Zespołowi ds. Funduszu Kościelnego, któremu przewodzi Władysław Kosiniak-Kamysz z PSL – czyli lider jedynej partii koalicji, która tej likwidacji nie chce. To trochę jakby w odchudzaniu miałaby nam pomagać szefowa cukierni. Sęk w tym, że sprawa jest mniej ideologiczna, a bardziej księgowa, niż wynikałoby z nagłówków. Aż 95 proc. tych pieniędzy przeznaczanych jest na składki na ubezpieczenia społeczne osób duchownych – rekompensata za zabrane majątki przerodziła się więc w ZUS dla kleru. W tej ciszy ruszyła Lewica, która – zmęczona czekaniem, aż rządowy projekt trafi do wykazu prac legislacyjnych – postanowiła złożyć własny, poselski projekt likwidacji Funduszu. Pomysł jest prosty: składki duchownych współfinansowane przez nich samych i ich Kościoły, a resztki Funduszu przesunięte do istniejących funduszy na zabytki i organizacje pożytku publicznego. Majątek Kościoła w Polsce to jedna z nielicznych wielkości, której nie zna państwo. Wiadomo za to, ile oddano. Sama Komisja Majątkowa, działająca w latach 1989–2011, przekazała Kościołowi katolickiemu około 65,5 tysiąca hektarów, 490 budynków i 143,5 miliona złotych odszkodowań – a to wcale nie jedyna ścieżka. Według corocznego sprawozdania o stanie mienia Skarbu Państwa, kościoły i związki wyznaniowe posiadały na koniec 2024 roku ponad 139 tysięcy hektarów, czyli obszar większy niż Warszawa i Kraków razem wzięte. Ile to warte? Portal WP, który prześwietlił księgi wieczyste samych diecezji – bez parafii, zakonów i świątyń – naliczył niecałe pół miliarda. To nie jest wycena majątku Kościoła, tylko jego kurii. Pełnej wyceny nie zrobił nikt. Mamy więc sytuację, w której państwo od 76 lat spłaca dług którego samo nigdy nie wyceniło, wierzycielowi którego majątku nikt nie wycenił, a rata w dłuższym okresie tylko rośnie.