Częstochowa zdecydowała. Mieszkańcy odwołali prezydenta Krzysztofa Matyjaszczyka i rozwiązali radę miasta, a za odwołaniem prezydenta opowiedziało się 97 proc. głosujących. Trudno o czytelniejszy werdykt w sytuacji, w której miasto od ośmiu miesięcy miało prezydenta niemogącego pełnić funkcji ani nawet wejść do urzędu. Ciążą na nim zarzuty korupcyjne, do których się nie przyznaje. Inicjatywa wyszła od mieszkańców, którzy zebrali ponad 16 tys. ważnych podpisów. W tym wydaniu referendum zadziałało tak, jak powinno: jako obywatelski hamulec bezpiecznik, działający wtedy, gdy instytucje utknęły w martwym punkcie, a miasto potrzebuje nowego otwarcia. To samo narzędzie bywa jednak używane zupełnie inaczej. Tego samego dnia głosowano w Rudzińcu, gdzie referendum zainicjowali nie mieszkańcy, lecz radni, po tym jak dwukrotnie nie udzielili wójtowi wotum zaufania. Sam zainteresowany przekonywał, że Regionalna Izba Obrachunkowa wydała pozytywną opinię o wykonaniu budżetu, a całą procedurę nazwał teatrem politycznym. Referendum okazało się być nieważne, gdyż wzięło w nim udział mniej osób niż wymaga tego prawo. Częstochowski wynik nie powinien usypiać czujności. W referendum wzięło udział niespełna 33 proc. uprawnionych, co oznacza, że o losie władz dużego miasta przesądziła mniej niż jedna trzecia mieszkańców.