Donald Tusk, poza wieloma talentami, ma również swego rodzaju dwa „szczęścia”, które później świetnie sprzedają się jako dyskredytujące go memy. Jedno dotyczy dalekich zagranicznych wojaży, podczas których koronuje się go lokalnymi nakryciami głowy. Kompletnie nie kupują tego wyborcy nad Wisłą, zwłaszcza ci bardziej na prawo, ale jak się okazuje również ci bardzo na lewo. Po wojażach, po Ameryce Południowej i słynnej andyjskiej czapce przylgnęło do niego określenie „Słońce Peru”, zaś po wizycie w Indiach został ochrzczony przez Adriana Zandberga mianem „Słońca Bombaju”. Nie chce mi się nawet krytykować posła Zandberga za jego małostkową i prowincjonalną wypowiedź, bo jakie byłoby larum nad Wisłą, gdyby w Indiach wyśmiano premiera tego kraju za to, że w Polsce nałożono mu na głowę, w ramach podarku, rogatywkę krakowską lub góralski kapelusz? Idźmy dalej. Czas na to drugie nieszczęście Tuska, czyli słowa i zdania, które wypowiada, a które są później różnie interpretowane. Było lansowane w czasie TVPiS „Für Deutschland”, było znacznie wcześniejsze „Panowie, policzmy głosy”. I właśnie to ostatnie niestety doskonale pasuje do jego ostatniej wypowiedzi dotyczącej głosowania nad projektem zniesienia dwukadencyjności w samorządach: „Nie widzę żadnego problemu w tym, żeby natychmiast wrócić do tego projektu”.Tylko jak wrócę, to: „Panowie, policzmy głosy”. Pasuje jak ulał! Czyli będziemy głosować do skutku. Trochę przypomina to zachowanie pisowskiej marszałek Elżbiety Witek, kiedy po przegranym dla Zjednoczonej Prawicy głosowaniu w Sejmie zarządziła reasumpcję głosowania. Postawa premiera Tuska zaskakuje tym bardziej, że przedkłada on prawdopodobnie dobro swojej partii oraz koalicyjnego PSL-u nie nad oczekiwania obywateli, ale nad interes własnej wygranej w 2027 roku. Brzmi bez sensu? Bo jest bez sensu. Próba forsowania zniesienia dwukadencyjności w samorządach w momencie, gdy według różnych badań opinii publicznej popiera ją większość Polaków, jest politycznym strzałem w kolano i receptą na przegranie wyborów parlamentarnych w 2027 roku. I została jeszcze wisienka na torcie, czyli Pałac Prezydencki. Naprawdę trudno mi uwierzyć, że nawet jeśli dojdzie do ponownego głosowania w Sejmie, a następnie w Senacie, to projekt ten zostanie podpisany przez prezydenta Karola Nawrockiego. Premier niestety staje do z góry przegranej bitwy, która może zakończyć się przegraną wojną. Czy z tej sytuacji można wyjść z twarzą? Teoretycznie, jeśli dla koalicji jest to tak ważny temat, Sejm może zarządzić referendum w tej sprawie. Jedno pytanie, dwie odpowiedzi: TAK lub NIE. W zasadzie mielibyśmy wtedy sprawę rozstrzygniętą, jeśli w głosowaniu wzięłoby udział ponad 50% uprawnionych. Takie referendum, odpowiednio rozegrane, mogłoby być dla Koalicji bardzo korzystne, gdyby kampania referendalna miała w sobie pierwiastek edukacyjny, na przykład ciekawe debaty telewizyjne, a sami rządzący nie deklarowaliby, czy są na TAK, czy na NIE. Łatwo byłoby wtedy zdominować przestrzeń publiczną i zagłodzić medialnie opozycję. Do śmietnika natomiast jak najszybciej powinien trafić pomysł PSL-u dotyczący dwukadencyjności parlamentarzystów. Przypomnijmy: samorządowa dwukadencyjność nie dotyczy radnych gmin, lecz wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Nie byłoby to więc żadnego rodzaju uspójnienie.Pomysł PSL-u przepadnie w parlamentarnych czeluściach. Został wypuszczony do opinii publicznej tylko po to, żeby rozgrzewać emocje. To tani populizm. Kto za takim rozwiązaniem podniesie rękę? Marek Sawicki, poseł od dziewięciu kadencji. Doprecyzujmy: od 1993 roku. Wtedy Polską rządził jeszcze Lech Wałęsa, a ostatnie jednostki armii radzieckiej opuszczały nasz kraj. A może Marek Biernacki, który zasiada w Sejmie już siódmą kadencję? Albo Ireneusz Raś, który sprawuje mandat szóstą kadencję? A teraz przejdźmy do sedna. Czy dwukadencyjność przewietrzy polskie samorządy? W zasadzie można odpowiedzieć: i tak, i nie.Tak, bo z pewnością nowe twarze na czele gmin będą pewnym powiewem świeżości. Ale nie zawsze. Czasem te nowe twarze będą pochodziły z tej samej politycznej dynastii. Popatrzmy na przykłady największych miast z ostatnich lat. Zacznijmy od Katowic. W 2014 roku gabinet przy ulicy Młyńskiej opuścił Piotr Uszok. Zrobił to z własnej woli po 16 latach rządzenia miastem. Jego następcą został Marcin Krupa, przedstawiciel tego samego ugrupowania. Po niemal trzech kadencjach rządzenia miastem możemy powiedzieć, że była to kontynuacja rządów poprzednika. Oczywiście panowie różnili się stylem, niektórymi decyzjami personalnymi i zapewne różnią się także zdaniem w kwestii części podejmowanych decyzji. Jednak polityczna strategia i kierunek pozostały podobne. W dużej mierze ludzie, którzy rządzili miastem wspólnie z Piotrem Uszokiem, pozostali na swoich miejscach. Nie zmieniła się również znacząco struktura urzędu.Kolejny przykład? Wrocław. Tutaj Rafał Dutkiewicz oddał władzę w 2018 roku Jackowi Sutrykowi. Ten przykład pokazuje, że mimo pewnej dynastyczności drogi politycznego mentora i następcy mogą się rozejść. Nie wnikam jednak, czy dla Wrocławia wyszło to na dobre, czy na złe. Faktem jest, że obecny prezydent Wrocławia otrzymał podczas swojego politycznego chrztu mocne wsparcie Dutkiewicza. Inny przykład to Gdańsk. Tam kadencja została tragicznie przerwana przez morderstwo prezydenta Pawła Adamowicza. Jego następczynią została Aleksandra Dulkiewicz, osoba wywodząca się z tego samego środowiska politycznego. Kolejny przykład? Tym razem Warszawa, gdzie afery wokół reprywatyzacji zaważyły na politycznej przyszłości Hanny Gronkiewicz-Waltz. Była prezydent nie zdecydowała się na kolejny start, a jej następcą został Rafał Trzaskowski. Warto jednak podkreślić, że nie był on wcześniej ściśle związany z warszawskim magistratem. Była to jednak polityczna cena, którą poniosło środowisko byłej prezydent.A gdzie zmiana się udała? Z tym „udała” to może zbyt mocne słowo, ale do istotnej zmiany doszło w Krakowie. Tam ustępujący Jacek Majchrowski nie przedłużył panowania swojej politycznej dynastii, a władzę przejął Aleksander Miszalski z Koalicji Obywatelskiej. który został odwołany po 2 latach rządów, zastąpił go Łukasz Gibała. Czy prezydenta Gibała, da początek nowej krakowskiej dynastii?Powyższe przypadki pokazują, że dwukadencyjność nie jest żadnym gwarantem zmiany, jeśli dane środowisko polityczne jest dobrze zorganizowane i nie ma ryzyka jego dekompozycji. Jeśli chcemy, aby nasze samorządy nie były dynastycznymi twierdzami, zmiany powinny mieć inny charakter. Przykładowo można rozważyć alfabetyczne układanie list kandydatów do rad gmin. Wystarczy sprawdzić wyniki wyborów, aby zauważyć, że największe żniwo zbierają zwykle kandydaci zajmujący pierwsze miejsca na listach. Kolejnym elementem mogłyby być środki przeznaczane na kampanie wyborcze. Być może każda wpłata powinna być odnotowywana w czasie rzeczywistym w publicznym, ogólnodostępnym rejestrze? A może informacje o wszystkich wpłatach powinny być publikowane jeszcze przed rozpoczęciem kampanii, wraz z oficjalną informacją o budżecie każdego komitetu?Recept może być wiele. Na pewno jednak dwukadencyjność nie jest lekiem na całe zło.