Publikujemy fragment rozdziału „Szkoła pruska czy trochę polska?” z książki dr. Krystiana Węgrzynka „Panewniki. Biografia miejsca”. Książka ukazała się pod patronatem Śląskiej Opinii. Po włączeniu Górnego Śląska do Prus (1742), Panewniki znajdują się w dalszym ciągu na terenie księstwa pszczyńskiego i pozostają w orbicie wpływów miasta Mikołów, ale podlegają pruskiemu ustawodawstwu, a administracyjnie należą do założonej w 1815 roku rejencji opolskiej. Jedna z ustaw, z roku 1765, o powszechnym obowiązku szkolnym zmienia generacyjny rytm życia i pracy wioski. Na najmłodszych mieszkańców Panewnik spadają nowe obowiązki – muszą nie tylko pomagać rodzicom przy pracy w polu i zajmować się młodszym rodzeństwem, ale także mają uczęszczać do odległej szkoły mikołowskiej. Te wyprawy do szkoły trwają kilkadziesiąt lat, bowiem w Panewnikach pierwszy kaganek oświaty zapalono w chałupie Wawrzyńca Matury dopiero w roku szkolnym 1824/1825. Władze ustaliły, iż do katolickiej szkoły w Panewniku będą uczęszczały także dzieci ze Starej Kuźnicy. W pierwszym roku obowiązkiem powszechnej oświaty objęto 110 dzieci. Ich pierwszym nauczycielem był Jan Krause, uczył je nieco ponad rok, a później został przeniesiony do wsi Paniowy (obecnie część gminy Mikołów), gdzie pracował także jako organista w pięknym, drewnianym kościele św. Piotra i Pawła. Na jego uposażenie, do którego zobowiązane były obie wioski, składały się: gotówka (34 talary od mieszkańców oraz 17 talarów od księcia), 5 sążni drewna, 16 półkorców żyta i dwa półkorce jęczmienia. Z kroniki wynika, że pan na Pszczynie, czyli właściciel wsi nie kwapił się z budową osobnej placówki. Królewski Urząd w Opolu kilkakrotnie wzywał Królewski Urząd Ziemski w Pszczynie do „rychłej budowy szkoły w Panewnikach”. Dopiero po 10 latach książęce dominium zobowiązało się do starczyć materiały budowlane do wzniesienia „Katolickiej Szkoły w Panewniku”, która ostatecznie powstała w 1840. Budynek istnieje do dziś, choć nie pełni już funkcji oświatowych – znajduje się przy ul. Panewnickiej 435. XIX-wieczna szkoła coraz wyraźniej wpisuje się w wiejski krajobraz i na różne sposoby – jak się po analizie kilku przypadków okaże – skupia wokół siebie okolicznych mieszkańców. W 1866 roku kronikarz wymienia najważniejsze osobistości związane z lokalną oświatą: patronem szkoły jest książę Jan Henryk XI Hochberg, rewizorem szkolnym – mikołowski proboszcz Alois Sznapka, głównym nauczycielem – August Keintoch, a w zarządzie szkolnym zasiadają, obok dwóch mieszkańców Starej Kuźnicy, dwaj Panewniczanie: Domin Olesch (Oleś) oraz Mikołaj Palenta. Wyrazistymi znakami tamtych czasów są dwie zapisane przy tej okazji uwagi: 1. Językiem ojczystym uczniów jest język polski. Ale w szkole uczy się również w języku niemieckim. 2. Uczęszczanie do szkoły dzieci jest nieregularne częściowo z powodu odległości, jak i ubóstwa ludu.(Kronika Szkoły...) Przypomnijmy, odnośnie do uwagi pierwszej, iż w śląskich szkołach języka polskiego używano do 1872 roku, czyli do ofensywy Ottona Bismarcka, zwanej „walką kulturną” (Kulturkampfem). Później zachowano jeszcze do końca XIX wieku ów „język serca” na lekcjach katechezy. Język polski wrócił do szkoły już w roku 1919, a zastąpił język niemiecki jako wykładowy w 1922 roku, po przyłączeniu tej części regionu do II RP. Jak wyglądał rok szkolny w pruskich Panewnikach? Rozpoczynał się i kończył 1 kwietnia. W ciągu jednego dnia, inaczej niż to się dzieje dzisiaj – żegnano absolwentów i witano nowych uczniów. Dzień ten nazywano gregorami lub gregoriankami na część św. Grzegorza Wielkiego, patrona uczniów i nauczycieli. Tego dnia przechodziły przez wieś pochody przebierańców, w czasie których śpiewali oni wesołe piosenki, recytowali wierszyki i zbierali datki dla najbiedniejszych uczniów. Letnie ferie trwały tylko dwa tygodnie, natomiast jesienne, na przełomie września i października, aż trzy. Te drugie zaplanowane w tym terminie były po to, by uczniowie mogli pomóc rodzicom w pracach polowych, przede wszystkim w wykopkach i w zbiorze kapusty. Także wiosną uczniowie miewali takie rolnicze wakacje. Na przykład w 1917 roku kronikarz zapisał: „Uczniowie z I i II klasy zostali aż do 15 maja urlopowani do wiosennych prac polowych. Niestety nie było wystarczająco dość ziemniaków do sadzenia, tak że nie wszystkie pola zostały uprawiane”. Jak wówczas wyglądała nauka w śląskiej szkole, także panewnickiej? Najciekawszy jej opis znajdujemy w Starym kościele miechowskim ks. Norberta Bonczyka. Odwołamy się do tych opisów z braku takowych w kronice szkolnej. Lekcje zaczynają się o ósmej rano. Po jednej stronie klasy siedzą przy „niezgrabnie ciosanych stołach” dziewczęta, a po drugiej chłopcy. Frekwencja jest niska, większość zapisanych pasie na pastwisku krowy. Kiedy wchodzi nauczyciel: Natychmiast się szkolarze z grzecznością podnieśli, Witają chórem: „Niechaj będzie pochwalony!”Pan Rektór, snać głęboko jeszcze zamyślony, Mówi z cicha: „Na wieki” i pijuskę kładzie Na stół, na którym w przykrym dla szkolarzy ładzie Leży tęgi lyskowiec, papiór, nożyk, piórka, Kalendarzyk, nożyce. (...) (Bonczyk 1879) Na początku nauczyciel każe uczniom otworzyć książki i uczyć się samodzielnie. Ale w rzeczywistości jest to raczej lekcja, której udzielają sobie nawzajem uczniowie: Ci się młócą książkami, ten suszone kłaki Zamienia na kukiełkę, lub na placek jaki. Tam sąsiad nić guzików sąsiadom wskazuje, Tam dziewczyna przed drugą piórka swe rachuje; Inni za łby się doją; ktoś to ganiąc, przeto Głośno krzyknął zdradziecko: „Panie Re... ale to...” Nauczyciel budzi się z drzemki i próbuje ponownie odpytywać z katechezy („Bo bez repetycyi, gdzież byśmy to byli?”), ale uczniowie („szkolorze”) się od odpowiedzi wymigują, wymyślając – to chyba nie zaskakujące – najróżniejsze wymówki; na pytanie: „O czemże to w sobotę z Biblii rzecz była?”, uczeń odpowiada: „Panie Rechtór, joch nie był, bo nasi działali!” Potem zaczyna się lekcja geografii. Do mapy zostaje wezwany uczeń: Piotr Łukaszczyk, pójdź, przystąp z wskazówką ku mapie, Pokaż Śląska granice!” Łukaszczyk aż sapie Pod ciężarem swych nauk i rzekł: „Śląsk graniczy Kole okna na Wrocław; to naród rolniczy; Kole pieca jest Polska, a tu kole ziemi Rzeka Bałtyk; gdzie pokład, rozciąga się z swemi Odnogami olbrzymia góra.” Tu coś gwizdło, coś jękło! Już Łukaszczyk siedzi, Czy się ręka Rektora jeszcze dźwignie, śledzi. Skończono powtarzania! Pan Rektór siadają, Wziąwszy aktów stós gruby, karty przewracają Tak się ten dydaktyczny mozół toczył w Miechowicach i nie inaczej wlókł się w Panewnikach. To tempo wyznaczały, powszechnie wówczas stosowane („lyskowiec”!) kary cielesne: „Już to liże/Rektór pedagogicznie kijem jego krzyże”.