Dwa głosy. Tyle zabrakło, by w czwartek wieczorem polskie samorządy wróciły do czasów, w których wójt mógł być wójtem do emerytury. Projekt PSL przepadł stosunkiem 213 do 215 przy dziewięciu wstrzymujących się, a dwukadencyjność wprowadzona w 2018 roku zostaje. Ludowcy przekonywali, że limit odbiera mieszkańcom prawo wyboru i eliminuje doświadczonych gospodarzy. Problem w tym, że mieszkańcy, pytani w sejmowych konsultacjach, wyraźnie nie podzielali tego zmartwienia. Pięć lat to długa kadencja, dziesięć to szmat czasu. Wystarczająco dużo, by zrealizować program, i wystarczająco dużo, by zbudować wokół ratusza sieć zależności. Już przed głosowaniem PSL zapowiedział, że skoro limit kadencji ma obowiązywać prezydentów miast, to powinien obowiązywać także posłów i senatorów. Warto potraktować tę zapowiedź poważnie, bo to najbardziej spójny argument, jaki ludowcy wnieśli do całej debaty. Jeśli rotacja władzy jest wartością w gminie, trudno uzasadnić, dlaczego nie miałaby nią być na Wiejskiej. W Sejmie zasiadają ludzie, którzy pamiętają jeszcze początki III RP, a niektóre okręgi od dekad wystawiają te same nazwiska na tych samych miejscach list. A tak wymusi się bardziej naturalną drogę od samorządu przez Sejm do Senatu. Trzymam więc kciuki, choć bez złudzeń. Ograniczenie kadencji parlamentarzystów wymaga zmiany konstytucji, czyli większości dwóch trzecich w Sejmie i bezwzględnej w Senacie. Musieliby ją przegłosować ci sami ludzie, których miałaby dotyczyć. W 2029 roku czeka nas zmiana warty w wielu ratuszach. To nie katastrofa, tylko test dojrzałości lokalnej demokracji. Ten sam test należy się parlamentowi. Jeśli ludowcy dotrzymają słowa i projekt naprawdę trafi do Sejmu, zobaczymy, ilu posłów traktuje zasadę równości tak serio, jak wczoraj deklarowało.