Sześć lat po wyroku Trybunału Konstytucyjnego, który wyprowadził na ulice tysiące ludzi, Sejm wreszcie zrobił pierwszy krok. We wtorek przyjął dwie ustawy. Pierwsza przywraca możliwość przerwania ciąży w przypadku ciężkiej wady płodu. Druga częściowo dekryminalizuje aborcję oraz pomoc w niej. O tej drugiej zdecydowały cztery głosy. To wciąż mniej, niż obiecywano. Na liście „100 konkretów” była aborcja do 12. tygodnia, a nie powrót do stanu sprzed 2020 roku z kilkoma poprawkami w Kodeksie karnym. Przez trzy lata koalicja tłumaczyła się arytmetyką i sprzeciwem części własnych posłów. Sejmowa komisja milczała ponad dwa lata, a jej wrześniowe posiedzenie odwołano w ostatniej chwili. Tym razem udało się przejść od deklaracji do głosowania, choć liderzy PSL i Polski 2050 nadal byli przeciw. Dalsza droga jest dość przewidywalna. Ustawy trafią do Senatu, a potem na biurko prezydenta. Kancelaria zapowiada „rzeczowe” podejście, ale deklaracje z kampanii zostawiają niewiele wątpliwości. Prezydent mówił wtedy, że nie podpisałby nawet powrotu do kompromisu sprzed wyroku TK. Weto jest więc bardziej niż prawdopodobne, a do jego odrzucenia potrzeba większości, której w tym Sejmie nie ma. Czy cały wysiłek był zatem daremny? Niekoniecznie. Dotąd brak zmian obciążał koalicję. Łatwo było go wyjaśnić wewnętrznymi podziałami, ale trudno obronić przed wyborcami. Uchwalona ustawa zmienia adres odpowiedzialności. Jeśli prawo pozostanie bez zmian, będzie to decyzja jednego urzędu, podjęta pod konkretnym nazwiskiem i z konkretnym uzasadnieniem. Krytycy powiedzą, że to polityczna rozgrywka, w której koalicja przerzuca konflikt do Pałacu. Przejrzystość ma jednak wartość sama w sobie. Kobiety, które nadal będą wyjeżdżać za granicę albo szukać pomocy w organizacjach, mają przynajmniej prawo wiedzieć, czyjego podpisu zabrakło.