Największym nieszczęściem obecnej sytuacji geopolitycznej nie jest pojedyncza rakieta ani kolejna deklaracja z Kremla, tylko kalendarz. Do wyborów do amerykańskiego Kongresu zostały dwa tygodnie, a prezydent, który obiecywał kończyć wojny szybciej, niż inni zdążą je opisać, codziennie patrzy na słupki i widzi, że lecą w dół. Polityka zagraniczna największego mocarstwa świata staje się przez to funkcją nastroju jednego człowieka. Jednego dnia słyszymy ultimatum dla Kijowa, następnego ciepłe słowa pod adresem Moskwy, a potem zmęczenie całym tematem. Sojusznicy wstrzymują oddech, przeciwnicy grają na czas, a wojna w Europie staje się argumentem w kampanii, której wynik rozstrzygnie się w kilku okręgach, gdzie wyborcy myślą przede wszystkim o cenach w sklepie. Wyobraźmy sobie teraz wybory, których Waszyngton domagał się od Ukrainy. Lokal wyborczy w szkole z oknami zaklejonymi taśmą, liczenie głosów przerywane alarmem, kolejka do urny rozpraszająca się na dźwięk syreny. Żołnierz głosujący w okopie. Miliony uchodźców ustawionych w konsulatach od Warszawy po Lizbonę i mieszkańcy terenów okupowanych, którzy w ogóle nie mogą wziąć udziału w głosowaniu. Kampania bez wieców, bo każde zgromadzenie to potencjalny cel, i debata, w której wszyscy kandydaci mówią o pokoju, którego nikt nie potrafi zagwarantować. Amerykanie pójdą do urn 3 listopada w spokoju.