Francuzi wychodzą na ulice tak, jak inni chodzą na wybory, czyli regularnie i z poczuciem, że bez tego demokracja byłaby niepełna. Maj ’68, licealiści przeciw reformie Devaqueta w 1986 roku, młodzież przeciw umowom CPE w 2006, żółte kamizelki, wreszcie spór o emerytury: każde pokolenie ma tam swój marsz i swój transparent. Obecna fala wpisuje się w ten rytuał. Zaczęła się we wrześniu na ubogich przedmieściach Paryża i rozlała na cały kraj, a według związku licealistów w szczytowym dniu zablokowana lub zamknięta była ponad połowa francuskich liceów. Uczniowie mówią o niedofinansowanych szkołach, zaniedbanych budynkach i brakach kadrowych, ale też o przeciążeniu zajęciami i presji związanej z Parcoursup, systemem rekrutacji na studia. Do tego dochodzi spór o budżet: w sobotę 17 października przez kraj przeszły protesty przeciw rosnącym kosztom życia, a wśród postulatów znalazły się tańsze paliwo i sprzeciw wobec zamrożenia świadczeń i płac w sektorze publicznym. Łatwo zbyć to wzruszeniem ramion, bo Francja jak zwykle protestuje. Tradycja nie tłumaczy jednak, dlaczego jeszcze przed wybuchem protestów aż 76 proc. Francuzów w wieku 18–29 lat deklarowało niepokój o sytuację kraju, a prawie ośmiu na dziesięciu rozważało ułożenie sobie życia za granicą. Francja jest tu raczej sejsmografem niż wyjątkiem, bo rejestruje wstrząsy wcześniej i głośniej niż inni. Mieszkanie, dojazdy, energia, jedzenie i studia drożeją szybciej, niż rosną dochody osób wchodzących na rynek pracy. Tam, gdzie nie ma francuskiej kultury ulicy, ten sam gniew może przybrać inną formę: emigracji, absencji wyborczej albo głosu oddanego na tego, kto obieca najprostsze rozwiązanie. Dlatego zamiast pytać, czy podobne protesty pojawią się gdzie indziej, lepiej pytać, czy politycy usłyszą ten sygnał, zanim przyjdzie im go odczytywać z pierwszych stron gazet. Francuscy licealiści nie wymyślili problemu. Po prostu wypowiedzieli go na głos.