Wokulski ma cierpieć, Łęcka ma być wyniosła, Rzecki poczciwy, a wszystko powinno wyglądać tak, jak zapamiętaliśmy ze szkoły. Dwie nowe adaptacje „Lalki” pokazują jednak, że pod wspólnym tytułem można zmieścić zupełnie różne pomysły na opowiadanie tej historii. I dobrze, bo literatura, o której wolno mówić tylko jednym głosem, szybko zamienia się w obowiązek do odhaczenia i Gombrowiczowską farsę, w której „Słowacki wielkim poetą był”. Serial Pawła Maślony i film Macieja Kawalskiego rozpoczynają swoje istnienie od tej samej książki, ale decydują się podążyć zupełnie innymi drogami. Pierwszy szuka w literackim pierwowzorze konfliktu, nerwów i ludzi, którzy nie radzą sobie ze zmianą; drugi wybiera uczucie, rozmach, bezpieczeństwo interpretacyjne i – co by nie mówić – nastawienie na przyjemność oglądania. Nie zamierzam rozliczać żadnego z nich z liczby przeniesionych na ekran rozdziałów (chociaż jako nauczyciel polonista mam na to swoje zdanie i mógłbym to zrobić, ale zostawię sobie to na wybraną lekcję lub osobny tekst). Adaptacja i ten, który za nią odpowiada, ma prawo wybierać, co chce zrobić i ile wyciągnąć z oryginału. Warto jednak w tym wypadku zapytać o niezwykle ważną rzecz: czy z tych świadomych (mam nadzieję) wyborów powstaje przekonująca całość i czy za kostiumem (nie tym dosłownym, rzecz jasna) rzeczywiście stoi człowiek? U Maślony stoi. A właściwie, będąc dosadnym, wierci się, złości, kombinuje i próbuje odnaleźć miejsce dla siebie. Najlepiej widać to w postaci Izabeli Łęckiej granej przez Sandrę Drzymalską, która za swoją rolę zebrała już niemal tyle samo pochwał, co gromów. Tymczasem Łęcka w jej wykonaniu (Łęcka, nie Drzymalska – podkreślam!) potrafi i widza, i pozostałe serialowe postaci mocno zirytować, nie dając się jednocześnie zamknąć w wygodnej definicji rozpieszczonej panny i salonowej lalki jak zwykło się określać ją w szkolnej rzeczywistości. W jej zachowaniu walczą ze sobą bezradność, lęk i potrzeba nadania własnemu życiu jakiegoś znaczenia. To przez tę walkę z samą sobą kupuje ona „Bluszcz”, chce zmieniać świat, pisać artykuły z pozycji nowoczesnej kobiety i pojechać na przełomową wystawę do Paryża. Serialowa wersja tej postaci nie prosi o rozgrzeszenie Łęckiej. Daje za to powody, żeby spróbować ją zrozumieć. Najwięcej wątpliwości może budzić emancypacyjny kierunek, w jakim scenariusz ujmuje Izabelę. Nie będę udawał – sam początkowo miałem w tym miejscu lekkie zawahanie, trochę gryzło mi się to z arystokratycznym rodowodem Łęckiej, której bliżej przecież do starego porządku świata niż – że pozwolę sobie sięgnąć po Adama Asnyka – „szukania nowych i nieodkrytych dróg”. Wspomniany wątek wyglądał na pomysł przesadzony i zbyt mocno dopasowany do współczesnych, pro kobiecych oczekiwań. Ale gdyby się nad tym zastanowić, okazuje się on dość ciekawy i dobrze pasujący do odczytania tej postaci. Łęcka nie wyrasta bowiem nagle na bezinteresowną, charytatywnie działającą społecznicę, dla której drugi człowiek liczy się najbardziej. Owszem, chciałaby ona stać za jakąś wielką sprawą, która zmieni świat i przyniesie jej jednocześnie rozgłos, ale zabiera się do tego za pomocą znanych sobie metod: pieniędzy, arystokratycznych kontaktów i przekonania, że to wspomniany już świat powinien odpowiedzieć na jej życzenie, a wszystko, czego zapragnie, ma się pojawić na stoliczku po skinieniu palca. Podobnie jak książkowa Łęcka, nie jest stała, zmienia przedmiot zainteresowania, ale dla sprawy nie potrafi szybko zmienić siebie. I właśnie w tym momencie robi się interesująca. Serialowi służy też przyglądanie się ludziom, którym dotychczas wyznawane zasady przestają zapewniać życiowe szczęście i dostatek. Tomasz Łęcki chciałby odzyskać dawną pozycję, ale najlepiej jeśli wydarzyłoby się to bez konieczności zrozumienia, skąd właściwie biorą się pieniądze i jak ciężko trzeba na nie zapracować. Jego śmieszność (fenomenalny w tej roli Jacek Braciak) stopniowo staje się przykra i karykaturalna, bo spod warstwą salonowego obycia wyraźnie na wierzch wychodzi wersja człowieka kompletnie nieprzygotowanego do samodzielności, z zerową samodzielnością i wiedzą o realnym świecie, z którym przyszło się mu skonfrontować twarzą w twarz. Starski, którego spotyka przecież ten same los, reaguje nieco inaczej, bo infantylność zachowań zastępuje on murem zbudowanym z agresji, która z kolei ma być fundamentem pod wyrobienie sobie nowej pozycji w nowym społecznym ładzie. Netflixowa wersja „Lalki” jest więc opowieścią o władzy, którą łatwo uznać za naturalną, dopóki samemu się ją posiada. W tym kontekście awantura o serialowe przekleństwa wydaje się – przynajmniej dla mnie – dyskusją o najmniej istotnym elemencie z całości. Można nie lubić takiego języka (co rozumiem), można uznać niektóre dialogi za mocno przeszarżowane (co też rozumiem ), można w końcu też zwracać uwagę na uwspółcześnienie języka, który nie pasuje do realiów końca XIX wieku, a więc rzeczywistości, w jakiej działy się zaprezentowane wydarzenia. Problem jest jednak nieco bardziej złożony. Język w serialowej „Lalce” pomaga przede wszystkim pokazać frustrację i pękanie towarzyskiej fasady. Bohaterowie tracą kontrolę nad rzeczywistością, więc tracą ją również nad sobą i językiem, który ich charakteryzuje. Czy naprawdę bardziej powinno nas razić to, jak mówią bohaterowie, niż to, co robią? Mam wrażenie, że obrona salonowej grzeczności bywa po prostu wygodniejsza od rozmowy o salonowym zepsuciu, które miało wówczas miejsce i przez twórców, akurat w tym przypadku, została ukazane wręcz wzorcowo. Ponadto, taka mała uwaga dla nieuważnych widzów: cały serial wykorzystuje współczesną polszczyzną (także tę niewulgarną), więc trudno żądać, by akurat przekleństwa miały metrykę z epoki. Gdyby chcieć konsekwentnie odtworzyć mowę ówczesnego salonu, niejeden widz zapewnie sprawdzałby, czy przez pomyłkę nie włączono mu wersji bez polskich napisów lub lektora. Film Kawalskiego ma za to argument, którego nie zamierzam lekceważyć: potrafi zachwycić obrazem. Kostiumy, wnętrza, światła (to najlepiej oświetlony polski film, jaki obejrzałem) i dekoracje tworzą przestrzeń, w którą można wejść bez poczucia obcowania z tanią imitacją. Bez wątpienia „czuć piniądz”, jaki został wydany z myślą o dopieszczeniu każdego detalu. Nie zamierzam negatywnie oceniać także długości (ponad dwie i pół godziny może męczyć, ale – o dziwo – nie robi tego) i tempa produkcji. Paryskie sekwencje mają swoje interesujące tempo, które wyraźnie różni je od tych warszawskich. Dodatkowo, sam początek filmu korzysta z wręcz komediowej nieporadności zakochanego w Łęckiej Wokulskiego, który nie jest żadnym panem Stanisławem tylko speszonym Stasiem w krótkich spodenkach. Dzięki kreacji pani Meliton, w którą wcieliła się Agata Kulesza, na dużym ekranie jest momentami lekko (ba, nawet bardzo zabawnie), a Marcin Dorociński dobrze odnajduje się w sytuacjach, w których przedsiębiorczość bohatera przegrywa z obecnością swatki wiedzącej dobrze, jak wygląda salonowe życie. Problem zaczyna się w momencie, kiedy ta lekkość ustępuje miejsca wielkiemu uczuciowemu dramatowi. Film od pewnego momentu tak mocno inwestuje w romantyczną opowieść, że zapomina w ogóle o pozytywistycznym aspekcie powieści Prusa. Być może nieco przesadzam, ale mam wrażenie, że twórcy, którzy w ten sposób postanowili poprowadzić wątek głównego bohatera, powinni przekonać widza do prawdziwości relacji Wokulskiego z Łęcką. Tymczasem, zamiast narastającego napięcia, pojawia się pytanie: co właściwie przeszkadza tym ludziom być razem? Społeczne uwikłania zostają osłabione, sprzeczności bohatera wygładzone. Szczególnie szkoda Wokulskiego, którego film traktuje z przesadną, jak na mój gust, wyrozumiałością (ale powiedzmy sobie wyraźnie: mimo wszystko świetnie zagranego Wokulskiego; aktorstwo Dorocińskiego jest tutaj najwyższej próby). Deklaracja, że bohater nie zamierza wykorzystywać finansowej przewagi, jaką ma wobec Izabeli i jej rodziny, to wręcz zbrodnia na „Lalce”. Przecież powieściowy Stanisław wabił i osaczał…