Prezydent podpisał ustawę o podatku od nadzwyczajnych zysków koncernów paliwowych i jednocześnie skierował ją do Trybunału Konstytucyjnego. Premier ogłosił, że wygrali Polacy. Na stacjach ma zrobić się taniej . Można zapytać kto wygrał? Warto jednak zatrzymać się przy formule, którą wybrał prezydent. Kontrola następcza oznacza, że prawo obowiązuje, ale nad jego przyszłością wisi znak zapytania. Prezydent nie zablokował ustawy, bo trudno być politykiem, przez którego benzyna nie potaniała. Nie podpisał jej też bez zastrzeżeń, bo zachował sobie argument na wypadek, gdyby podatek okazał się prawnym lub gospodarczym problemem. Przypomnijmy: Podatek ma sfinansować powrót pakietu „Ceny Paliwa Niżej”, czyli obniżkę VAT i akcyzy na paliwa. Podatek płacą koncerny, ale o tym, jak długo kierowca zapłaci mniej, zdecydują rząd i rynek ropy, a tak naprawdę sytuacja międzynarodowa - głównie - w cieśninie Ormuz. Podatek, którego konstytucyjność pozostaje otwarta, to dla budżetu wpływy pod znakiem zapytania, a dla koncernów argument w ewentualnym sporze o zwrot. Koncerny będą liczyć się ze scenariuszem, w którym danina zostanie zakwestionowana. Państwo będzie liczyć na wpływy, których trwałości nie jest pewne. A kierowca dostanie niższą cenę dziś, nie wiedząc, ile ona potrwa. W tym sensie obie strony sporu dostały to, czego chciały: jedna zwycięstwo w sondażowej narracji, druga alibi na przyszłość, kierowcy zostają z niepewnością.