Biały Dom opublikował „White House Accord on Super Intelligence”, porozumienie w sprawie bezpieczeństwa najbardziej zaawansowanych systemów AI. Donald Trump podpisał je wspólnie z szefami Google'a, Anthropic, Mety, OpenAI, xAI i Nvidii. Tuż pod podpisem prezydenta widnieje jednak literówka: „Unites States” zamiast „United States”. Wpadka szybko stała się internetowym memem, co trudno uznać za zaskoczenie w dokumencie o „superinteligencji”. I jasne, że błędy zdarzają się każdemu: redakcjom, urzędom, ministerstwom i, jak widać, także Białemu Domowi. Znacznie więcej uwagi powinno przyciągać to, co zapisano na tych dwóch stronach. Firmy zobowiązują się do czterech warstw kontroli: monitoringu modeli, wewnętrznych zespołów sprawdzających, zewnętrznych audytorów i komitetu złożonego z członków zarządów. Wszystko to w ramach dobrowolnych zobowiązań, bez nowych regulacji. „Będą sami się nadzorowali” – podsumował prezydent, który od dawna podkreśla, że nie zamierza spowalniać rozwoju AI, a amerykańską dominację w tej dziedzinie traktuje jako kwestię bezpieczeństwa narodowego. Kto będzie wybierał audytorów? Jakie będą mieli uprawnienia? Co się stanie, gdy interes rynkowy zderzy się z interesem publicznym? Sygnatariusze dopuszczają, że z czasem przyjęte zasady staną się prawem, ale na razie to deklaracja, a nie obowiązek. Jeśli z tej wpadki wynika jakaś lekcja, to raczej o tym, że nawet przy najbardziej ambitnych technologiach potrzebna jest zwykła, staranna kontrola. Dotyczy to zarówno pisowni, jak i zasad nadzoru nad systemami, które mają kształtować przyszłość.