W szkole nie uczyliśmy się nic o Śląsku Cieszyńskim. Ten region, mimo względnej bliskości geograficznej, od Zagłębia Dąbrowskiego był jeszcze dalej niż Górny Śląsk. W szkole nie uczyliśmy się też nic o terenach anektowanych w XX. wieku przez Polskę — kraj, który przecież zawsze był najeżdżany, ale nigdy nie najeżdżał. Historia, szczególnie po niemal 45 latach dyskrecji — jak można by eufemistycznie nazwać komunistyczną cenzurę, potrafi być rozlazła. A jej znajomość, szczególnie w czasach deepfaków i wykorzystywania sztucznej inteligencji do kampanii dezinformacyjnych, coraz częściej będzie okazywać się niezbędna. O okolicznościach polskiej aneksji czechosłowackiej części Śląska Cieszyńskiego i o tym, kto na tych wydarzeniach dziś próbuje zbijać kapitał polityczny. „Świadomość narodowa silniejszą jest niż rządy.” ~ Gazeta Grudziądzka, wydanie z 1-go października 1938 roku pod artykulem „Roszczenie Polski do Czechosłowacji”. 1 września 2009 Z okazji 70 rocznicy niemieckiej agresji na Polskę, rozpoczynającej II wojnę światową, na Westerplatte przemawiał Lech Kaczyński, ówczesny prezydent: „Przyłączenie się Polski do rozbioru, terytorialnego ograniczenia ówczesnej Czechosłowacji było nie tylko błędem. Było grzechem. I my potrafimy w Polsce się do tego grzechu przyznać i nie szukać usprawiedliwień. Nie szukać usprawiedliwień nawet gdyby się ich szukać dało. Z Monachium trzeba wyciągnąć wnioski, które sięgają czasu współczesnego - imperializmowi nie wolno ustępować.” Słowa prezydenta Kaczyńskiego to pierwsze publiczne „przepraszam”, wypowiedziane prawie 70 lat po zbrojnym zajęciu Zaolzia. Chociaż ta część Śląska Cieszyńskiego była w granicach Rzeczpospolitej niespełna rok: od końca października, kiedy włączono ostatnie słowackie wsie, do momentu niemieckiej inwazji we wrześniu 1939 roku, spór o Zaolzie trwał jeszcze niemal 20 lat. Dopiero w 1958 roku rządy Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej i Czechosłowackiej Republiki Socjalistycznej podpisały porozumienie, gwarantujące pozostawienie Zaolzia w granicach Czechosłowacji, przy jednoczesnej gwarancji poszanowania praw polskiej mniejszości zamieszkującej region, jak prawo do nauki w języku polskim. Nie można pisać o historii bez kontekstu, niezależnie czy mówimy o wydarzeniach sprzed dziesięciu lat, czy o pierwszej połowie ubiegłego wieku. Wypowiedź Lecha Kaczyńskiego miała miejsce podczas obchodów uroczystości na Westerplatte, związanych z rozpoczęciem II wojny światowej. Kiedy we wrześniu 2026 prezydent Nawrocki powiedział „Niemcy nie potrzebowały Hitlera, aby gardzić Polską”, wypowiedź Kaczyńskiego można odczytywać jako próbę zerwania z wizerunkiem ofiary XX. wieku. Nie zmienia to jednak faktu, że w skutek brutalnej okupacji niemieckiej i radzieckiej, śmierć poniosło około 6 milionów Polaków, co stanowi 17% polskiej ludności sprzed wojny. Jednak niemożliwym pozostaje pełne zrozumienie teraźniejszości bez znajomości historii — i tutaj ponownie, w odpowiednim kontekście. 29 września 1938 Mówiąc „Z Monachium trzeba wyciągnąć wnioski” prezydent Lech Kaczyński odnosił się do układu monachijskiego, porozumienia między III Rzeszą a Włochami, Wielką Brytanią i Francją i dotyczącego Kraju Sudetów - czechosłowackiego regionu zamieszkanego w 85% przez ludność niemiecką i odpowiedzialnego za 40% krajowej gospodarki. Na konferencji w Monachium zabrakło Czechosłowacji. Za naszą południowo-zachodnią granicą do dziś powszechnie znany jest slogan „o nás bez nás”, który bezpośrednio odnosi się to oddania czechosłowackiego terytorium, skupiającego 70% przemysłu hutniczego kraju, na konferencji mającej zapewnić pokój Europie. Mającej, ponieważ — jak pokazała historia — polityka ustępstw wobec Rzeszy Niemieckiej prowadzona przez rządy Wielkiej Brytanii i Francji nie osiągnęły zamierzonego rezultatu. Świadczy o tym nie tylko agresja nazistowskich Niemiec na Polskę, ale również słowa Adolfa Hitlera, wypowiedziane publicznie po konferencji w Monachium: „Nasi wrogowie to ludzie poniżej przeciętnej — nie ludzie czynu, nie władcy. To marne robaki. Widziałem ich w Monachium.” Na konferencji zabrakło nie tylko Czechosłowacji, ale również Polski. Już 30 września, dniu kończącym posiedzenia paktu monachijskiego, władze drugiej Rzeczpospolitej wysunęły żądania terytorialne względem Zaolzia — części Czechosłowacji, znajdującej się za rzeką Olzą i obejmującej takie miejscowości jak Czeski Cieszyn, Karwina, Jabłonków, Trzyniec a także część Ostrawy. Jednym z powodów podawanych przez rząd Becka, mających usprawiedliwić zajęcie północno-wschodniej części Czechosłowacji, miała być liczna ludność polskojęzyczna, mieszkająca po drugiej stronie rzeki Olzy. Sam fakt obecności języka polskiego w tym regionie jest zgody z prawdą: według spisu powszechnego przeprowadzonego przez austro-węgierskie władze w 1910 roku, 123 tysiące osób zamieszkujących region posługiwało się językiem polskim. Drugim najczęściej używanym językiem był czeski, w którym porozumiewało się 32 tysiące mieszkańców, trzecim natomiast — niemiecki, z 22 tysiącami użytkowników. Jednak niezależnie od liczby osób mówiącej po polsku, na obszarze Zaolzia nie przeprowadzono plebiscytu. Możliwe, że z powodu doświadczeń głosowania na Górnym Śląsku w 1919 roku, gdzie plebiscyt doprowadził do trzech interwencji zbrojnych, znanych jako powstania śląskie. Nie zmienia to jednak faktu, że zajęcia czechosłowackiego terytorium było aktem agresji, kolejnym w gotującej się już Europie. 25 sierpnia 2026 „Nie dajmy się skłócić. Wkroczenie do Zaolzia było jedną z najgłupszych decyzji polskiej polityki zagranicznej w historii Ale mam nadzieję, że bracia Czesi pamiętają, że w osobie prezydenta Lecha Kaczyńskiego, na Westerplatte w 2009 roku, Polska za nią publicznie przeprosiła.” — napisał na X’ie Radosław Sikorski. Od podpisania porozumienia w sprawie Śląska Cieszyńskiego minęło niemal 70 lat. Dlaczego minister spraw zagranicznych decyduje się wracać do tych wydarzeń? Odpowiedzią jest przeprowadzona na początku miesiąca kampania dezinformacyjna mająca na celu pogorszenie relacji polsko-czeskich. Zarejestrowano domenę „Irozhlas”, różniącą się jedynie wielką literą na początku od oficjalnej strony internetowej czeskiej rozgłośni radiowej. Reszta wyglądała identycznie: począwszy od układu treści na stronie, kończąc na profilu podawanych wiadomościach. Tam zamieszczano informacje o roszczeniach terytorialnych Polski wobec Czech. Odniósł się do nich Břetislav Dančák, ambasador Republiki Czeskiej w Warszawie, a raczej osoba, która stworzyła fałszywy profil, używając danych czeskiego dyplomaty: „Takie stwierdzenia rodzą poważne pytania. Granica państwowa między Republiką Czeską a Polską od dawca jest określona umowami międzynarodowymi, a oba kraje są obecnie sojusznikami i partnerami. W tym kontekście próby ponownego otwarcia kwestii terytorialnych i odwoływania się do „sprawiedliwości historycznej” wydają się stanowić bardzo niebezpieczny precedens.” Pod wpisem zamieszczony jest dokument, rzekomo otrzymany od polskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Ten sam, który zamieszczono na stronie Polskiego Radia Pomorza i Kujaw, po pomyślnym ataku hakerskim na stronę. Opublikowane pismo miałoby jasno wskazywać, że Polska domaga się od Czech Zaolzia: „Ministerstwo Spraw Zagranicznych Rzeczpospolitej Polskiej składa wyrazy szacunku Ambasadzie Republiki Czeskiej w Warszawie i ma zaszczyt poinformować, że władze Rzeczpospolitej Polskiej nie zgadzają się z obecnym przebiegiem granicy polsko-czeskiej, potwierdzonej traktatem między Polską Rzeczpospolitą Ludową a Republiką Czechosłowacką o ostatecznym wytyczeniu granic państwowych z dnia 13 czerwca 1958 roku.” Pod fałszywym dokumentem podpisany jest Artur Harazim, podsekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Całość jest napisana w języku czeskim, z wyjątkiem dwóch ostatnich słów — „oboma państwami”. Mieszanie języków, w dodatku w jednym zdaniu, jest jednym z charakterystycznych błędów popełnianych przez sztuczną inteligencję. O wykorzystaniu LLM’ów świadczy też…