Miały być dni bez jedzenia "w intencji Ojczyzny". Modlitwa, determinacja, symboliczny opór wobec decyzji ministra sprawiedliwości. Skończyło się na tym, że najsilniejszą potrzebą okazała się nie wiara, tylko Wi-Fi. Posłanka Maria Kurowska opuściła budynek Akademii Wymiaru Sprawiedliwości po kilku dniach zapowiadanej głodówki – nie z powodu głodu, ale odciętego prądu w gniazdkach. Sama przyznała, że nie miała zamiaru wychodzić z budynku, dopóki nie zorientowała się, że traci łączność ze światem. "Nie mam komórki, nie mam łączności ze światem. Ja na komórce pracuję cały czas" – tłumaczyła później dziennikarzom. Mówi się, że to millenialsi i gen Z są uzależnieni od telefonów. Tymczasem to posłankę PiS, zajmującą budynek AWS, złamał rozładowany telefon – nie brak jedzenia, nie brak wygód, tylko 13 procent baterii. Jest w tym coś więcej niż tylko anegdota z Twittera. PiS to ta sama partia, która przez wiele lat konsekwentnie wyśmiewała formy oporu stosowane przez opozycję: kobiece protesty, okupacje instytucji, symboliczne gesty sprzeciwu określała jako histerię, teatr albo działania sponsorowane z zewnątrz. Dziś, gdy to jej politycy sięgają po identyczny repertuar – okupację budynku, deklarowaną głodówkę, odwołania do modlitwy – nagle staje się to aktem heroizmu. Problem w tym, że symbolika poświęcenia nie wytrzymuje starcia z rzeczywistością. Kurowska nie wyszła z budynku, gdy skończyło się jedzenie. Wyszła, gdy skończył się prąd w gniazdku. To nie jest krytyka głodówki jako formy protestu – to jest obserwacja, że deklarowana gotowość do poświęcenia rzadko wytrzymuje konfrontację z codziennymi przyzwyczajeniami, których nikt – niezależnie od poglądów – nie chce stracić. Granica ludzkiej wytrzymałości przesunęła się ostatnio z żołądka do power banku – a partia, która przez lata szydziła z cudzych protestów, dziś sama dostarcza materiału do tych samych żartów.