Rząd bardzo słusznie przekonuje, że dostęp dzieci do mediów społecznościowych trzeba ograniczyć ustawowo, bo - jak mówiła ministra edukacji Barbara Nowacka: "My naprawdę jesteśmy w dramatycznej sytuacji. Nie ma żadnej kontroli i trzeba działać. Trzeba działać mocno i trzeba działać sprawnie". Pomimo trudności w walce z tym, co internetowe, a więc wymykające się ograniczeniom terytorialnym, parlament przyjął, a prezydent podpisał ustawę wprowadzającą kary dla patostremerów, ze szczególnym uwzględnieniem wpływu na dzieci. Tak samo udało się ze zmianą w prawie oświatowym, którą od dziś odczuje wiele dzieci. Chodzi mi o wprowadzenie zakazu korzystania przez uczniów szkół podstawowych z telefonów komórkowych oraz innych urządzeń umożliwiających komunikację na odległość lub rejestrowanie obrazu lub dźwięku. Równocześnie rząd pracuje nad ustawą wprowadzającą zakazującą korzystanie z mediów społecznościowych dla dzieci poniżej 15. roku życia. A od przyszłego roku żłobki, kluby dziecięce i punkty opieki dziennej będą miały całkowity zakaz publikacji zdjęć dzieci, nawet ze zgodą rodzica. I wszystko byłoby dobrze, gdybym wczoraj nie dostał zrzutu ekranu od kilku naszych czytelników ze zdjęciem jednego z lokalnych polityków z rodzinnego festynu. Piana, uśmiech, lajki Wiceprezydent Katowic Jarosław Makowski opublikował 31 sierpnia na swoim profilu relację z zakończenia wakacji na Koszutce. Festyn rodzinny, na którym miały być atrakcje dla dzieci, w tym zabawa w pianie czy koncert. Patrzę na zdjęcie otwierające galerię - nie któreś z kolejnych, tylko pierwsze, największe - pokazuje ono wspomnianego polityka w chmurze piany, otoczonego bawiącymi się dziećmi. Twarze widoczne, wyraźne, rozpoznawalne. Post zebrał kilkadziesiąt reakcji. Zatrzymajmy się tutaj - są różne sytuacje. Są sytuacje jak zapewne dziś w wielu samorządach, gdzie prezydenci i radni będą gośćmi na uroczystościach z okazji rozpoczęcia roku szkolnego. Zapewne będą zdjęcia polityków w otoczeniu dzieci i młodzieży, ale uznajmy, że to uroczystość oficjalna. Zresztą w wielu szkołach opanowano już robienie zdjęć w taki sposób, żeby nie było widać ich twarzy. Uznajmy, że jeżeli nie ma tu zbytnego nadużycia (zbliżeń na twarze dzieci), to jest to relacja z pełnienia obowiązków. Chociaż oczywiście drodzy politycy - fajnie jakbyście dali przykład dzieciom i młodzieży, którym od dziś zabroniliście używać telefonów w szkole. Dodajmy ponownie, że słusznie. Z drugiej strony mamy festyn rodzinny, a więc sytuację mniej zobowiązującą. Do tego atrakcję w postaci piany dla dzieci, puszczanej na podwórku lokalnego domu kultury. I teraz - co musiało się zdarzyć, że dorosły polityk wskakuje w sam środek tej piany i robi sobie zdjęcia? Ba! Potem bez zastanowienia wrzuca sobie te zdjęcia na profil w mediach społecznościowych. Symboliczne - i przyznaję lekko złośliwe z mojej strony - jest, że w 2013 roku Makowski pisał w blogu serwisu NaTemat o tym, jak to będzie żył bez Facebooka. Argumentując to między innymi takim zdaniem: "Bo, jak ironicznie rzekł jeden z moich prawdziwych PRZYJACIÓŁ: „dziś przyjaźń rzeczywista jest wtedy, gdy jest potwierdzona na FB"". Dziecko w roli Prawie każdy polski samorządowiec ma w swojej galerii podobne ujęcie: wizyta w przedszkolu, dzień dziecka, festyn osiedlowy, zawsze ten sam kadr - polityk pochylony nad dzieckiem, uśmiech, ciepło. To gatunek sam w sobie, rozpoznawalny format politycznego PR-u. Dziecko na zdjęciu z politykiem nie jest bohaterem tego zdjęcia. Jest w nim znakiem. Ma zakomunikować coś o dorosłym, który stoi obok - że jest bliski ludziom, ciepły, "swój", że rozumie rodziny i dzieci. Dziecko nie wybrało tej roli i w większości przypadków nie jest w stanie ocenić, że w niej występuje. I właśnie dlatego to dobry punkt wyjścia do rozmowy o czymś innym niż prawo - o tym, czyim potrzebom taki kadr właściwie służy. I czy taki kadr w ogóle powinien powstawać - i gdzie kończy się dobry smak? Łatwiej zakazać młodym niż politykom Okazuje się niestety, że łatwiej zakazać młodym dostępu do mediów społecznościowych niż nauczyć polityków, że te same młode osoby nie są maskotkami do wykorzystywania dla zasięgów. Tym wpisem chciałbym sprawić, aby choć kilku polityków i samorządowców, a także kandydatów na różne stanowiska, miało odruch, którego dziś wyraźnie brakuje: zanim opublikuje się zdjęcie z cudzym dzieckiem na pierwszym planie posta, zapytać, czy to zdjęcie jest potrzebne dziecku, czy tylko wizerunkowi polityka. Jak już musi być, to może chociaż z zamazaną twarzą?