Jak wytłumaczyć komuś uczucie życia ze świadomością, że w każdej chwili na twój dom może spaść rakieta, że twój samochód może stać się celem drona, że bazarek, gdzie kupujesz warzywa, może wybuchnąć od trafienia pociskiem? To pytanie brzmi abstrakcyjnie, dopóki te pytanie nie będą dotyczyć osób, które znasz z imienia. Bo jeśli masz w Ukrainie przyjaciół, znajomych, rodzinę, ten strach nie kończy się na tobie. Rośnie jeszcze bardziej. Co jeśli obrona przeciwlotnicza zawiedzie? Co jeśli w pobliżu nie będzie schronu? Co jeśli dziś jest właśnie ich kolej? I paradoksalnie to właśnie w tym strachu najmocniej czuć, czym jest dom. Za każdym razem, gdy wracasz, gdy w końcu jesteś na miejscu, myślisz: uff, nareszcie. Wchodzisz do swojego dawnego pokoju, siadasz na łóżku i rozumiesz, że to najlepsze łóżko na świecie. Ten wystrój jest najlepszy, stara lodówka najlepsza, dywan i stare kubki też. Tylko sąsiad nie jest najlepszy — bo tym sąsiadem jest Rosja. To on nie pozwala ci spać po nocach, nie pozwala jeździć do domu co weekend, nie pozwala pojechać nad ukraińskie morze. Nie daje ci nic poza nieustannym poczuciem strachu. Terroryzuje cię non stop. W tym miejscu ktoś zwykle mówi: „Przesadzacie, wojna trwa już piąty rok, a wy wciąż się nie przyzwyczailiście i się boicie?”. Otóż nie — do tego nie da się przyzwyczaić, a nawet nie powinno się przyzwyczaić, można się jedynie przystosować do nowej rzeczywistości, a to coś zupełnie innego. Cisza, gdy przez kilka dni nie ma ostrzałów, wcale nie uspokaja. Wręcz przeciwnie — ostrzega, że przed tobą kilka kolejnych bezsennych nocy. Drugi zarzut, jaki często słyszę, brzmi: ale przecież nie mieszkasz w Ukrainie, czemu się boisz? Bo skumulowany efekt wojny nie robi wyjątków. Każdy boi się inaczej, ale boją się wszyscy. Nie da się mieszkać za granicą i jednocześnie odciąć od tego, co dzieje się w Ukrainie — fizycznie owszem, ale psychicznie nie. Przestrzeń informacyjna nieustannie karmi cię wiadomościami stamtąd i ignorować się tego nie da. Bo ciągle są tam miejsca i osoby, które znasz. Dlatego gdy przyjeżdżam z zagranicy, ten ciężar strasznej rzeczywistości spada na mnie z całą mocą — rzeczywistości, w której żyją moi bliscy i jeszcze trzydzieści milionów ludzi. Przez cały czas, kiedy jestem w Ukrainie, staram się po prostu nie zwariować. Człowiek nie powinien żyć z ciągłym poczuciem zbliżającej się śmierci. To nienormalne, niezdrowe, nieludzkie. Tak bardzo chce się przyjeżdżać do domu — do najbezpieczniejszego miejsca na świecie — i nie czuć, że stało się ono w rzeczywistości bardziej niebezpieczne, niż było kiedykolwiek. A niepewność tylko rośnie: nie widać końca, technologia wojny co roku jest bardziej zaawansowana, a wyczerpanie emocjonalne nie ma gdzie się zatrzymać. Wojna może być dla mnie tłem, kiedy jestem daleko, ale ona się zbliża, zbliża i w końcu mnie dopadnie. To loteria, w której szansa na wyciągnięcie tego „pechowego” losu z każdym dniem rośnie. Jeśli nie ja, to ktoś z bliskich. I ta loteria trwa, dopóki nie skończy się wojna — albo ja. Potraktujcie ten tekst jako rozpoczęcie cyklu o Ukrainie, Ukraińcach i ukraińskich inicjatywach, które dzieją się tam i tu w Polsce. O samej wojnie piszemy regularnie w naszym dziele z wiadomości, w tym cyklu będziemy pokazywać to co dzieje się pomimo niej. Liczę, że pomogą one Wam zrozumieć Ukrainę.