W polityce są momenty, kiedy liczby przestają być tylko liczbami. Czterdzieści głosów może być niczym, jeśli należą do szeregowców bez znaczenia. Ale może być wszystkim, jeśli te głosy stają się kartą przetargową w najważniejszych rozgrywkach. Piątkowy rozłam w Prawie i Sprawiedliwości stworzył właśnie taką sytuację. Nowa siła polityczna skupiona wokół Mateusza Morawieckiego — 40 posłów i jeden senator — nie ma dziś możliwości samodzielnego rządzenia. Ma jednak coś, czego w polityce często brakuje bardziej niż samej liczby mandatów: zdolność zmiany układu sił. I właśnie dlatego Jarosław Kaczyński nie może po prostu „zabić” Morawieckiego. Bo problem nie polega dziś na tym, kto kogo mocniej zaatakuje w mediach. Problem polega na arytmetyce. Do tej pory PiS mógł zakładać, że jego klub jest wystarczająco duży, aby skutecznie blokować wiele scenariuszy politycznych. Po odejściu części posłów ta pewność radykalnie się zmniejsza, a w zasadzie po prostu znika. Każdy dodatkowy głos staje się ważny, a kilkudziesięciu parlamentarzystów może decydować o tym, czy dana większość istnieje, czy jej nie ma. Najbardziej widoczne będzie to przy głosowaniach wymagających szczególnych większości. Do tej pory PiS był naturalnym gwarantem tego, że bardzo wysokie progi konstytucyjne pozostają poza zasięgiem obecnej koalicji rządzącej. Mowa między innymi o większości 3/5 potrzebnej do odrzucenia prezydenckiego weta, o większości wymaganej przy zmianach Konstytucji czy o arytmetyce wokół odpowiedzialności konstytucyjnej najważniejszych osób w państwie. Nie oznacza to oczywiście, że Mateusz Morawiecki będzie chciał dokonywać rewolucji ustrojowej albo występować przeciwko Prezydentowi RP. Prawdopodobnie nie będzie miał takiego celu i tak się nie stanie. Ale w polityce samo posiadanie narzędzia jest wartością. Bo czym innym jest realne użycie broni, a czym innym świadomość wszystkich uczestników gry, że ta broń istnieje i użyta być może. Nowa formacja dostaje więc do ręki potężny instrument negocjacyjny. Może nim podnosić swoją cenę. Może nim wymuszać rozmowy. Może nim pokazywać, że bez niej pewnych układanek nie da się zbudować. I jest jeszcze jeden powód, dla którego Morawiecki nie może być dla Kaczyńskiego wyłącznie wrogiem. Jeżeli nowe ugrupowanie chce przetrwać i zdobyć wyborców, musi się od PiS odróżniać. I to jest kluczowy punkt całej układanki. Wyborca nie będzie miał powodu głosować na „PiS bis”. Polityka nie działa tak, że ktoś wybiera kopię, kiedy oryginał stoi obok i jest do nabycia w tej samej cenie. Jeśli Rozwój Plus ma mieć sens, musi pokazać własną tożsamość, własne akcenty i własną samodzielność. A na tym etapie, a więc przed rozpoczęciem kampanii wyborczej, różnicę najłatwiej pokazać poprzez głosowania. Nie oznacza to, że nowe ugrupowanie będzie automatycznie wspierać rządzących. Tak dobrze Tusk mieć nie będzie. Oznacza jednak, że nie może przez cały czas głosować identycznie jak dawna matka partia. Gdyby tak robiło, wyborcy szybko zadaliby pytanie: po co właściwie powstało? Dlatego można spodziewać się, że w Sejmie pojawią się głosowania, w których ludzie Morawieckiego zagłosują inaczej niż PiS. Czasem z powodów programowych. Czasem taktycznych. Czasem po prostu dlatego, że budują własną pozycję. I tu zaczyna się największy problem Jarosława Kaczyńskiego. Prezes PiS nie może skupić całej energii na wojnie z Morawieckim, bo ważniejsze jest dziś utrzymanie własnego obozu w ryzach. Jeżeli odejście czterdziestu parlamentarzystów okaże się sukcesem politycznym, inni mogą zacząć zadawać sobie pytanie: czy również nie warto poszukać własnej drogi? A wybory są coraz bliżej. Największym zagrożeniem dla PiS nie musi być sam Morawiecki. Największym zagrożeniem może być przekonanie kolejnych polityków, że można odejść i nadal zachować polityczną przyszłość. Dlatego Kaczyński wiele teraz musi. Musi prowadzić niezwykle trudną grę. Z jednej strony musi pokazać, że rozłam ma konsekwencje i trzymać ten swój grajdoł twardą ręką. Z drugiej — nie może spalić wszystkich mostów. Musi zostawić uchylone drzwi dla tych, którzy kiedyś będą chcieli wrócić, a być może także dla samego Morawieckiego. Bo polityka zna takie zwroty akcji. Człowiek, który dziś jest przeciwnikiem, jutro może okazać się jedynym możliwym partnerem. Jeżeli po kolejnych wyborach PiS nie będzie w stanie samodzielnie stworzyć rządu, to właśnie porozumienie z Morawieckim może stać się jednym z niewielu realnych scenariuszy powrotu tej formacji do władzy. Dlatego sam Kaczyński prawdopodobnie nie będzie prowadził otwartej wojny totalnej. Od ostrych ataków będą inni — politycy od „brudnej roboty”, którzy mogą uderzać mocniej, bo nie muszą jednocześnie myśleć o przyszłych układach. Woś, Matecki, Kurski i im podobni będą mieli pełne ręce (i usta) roboty. Ujadać potrafią, a teraz mają ku temu okazję i nowy obiekt do podgryzania. Prezes będzie musiał patrzeć dalej i wyżej, bo paradoks tej sytuacji jest taki: Morawiecki osłabił PiS, ale jednocześnie stał się kimś, z kim PiS może jeszcze kiedyś potrzebować rozmawiać. Od piątku w polskiej polityce pojawił się nowy gracz. Nie ma większości. Nie ma jeszcze pełnej struktury. Ale ma coś niezwykle cennego — głosy, których mogą potrzebować wszyscy. I dlatego z Mateuszem Morawieckim będą musieli liczyć się zarówno rządzący, jak i dotychczasowy obóz PiS. Bo w polityce najgroźniejszy nie zawsze jest ten, kto ma władzę. Czasem najgroźniejszy jest ten, bez którego inni tej władzy nie potrafią zdobyć.