Pięćdziesiąt trzy procent w pięć lat. Tyle wynosi nowy chiński cel wzrostu generacji z wiatru i słońca do 2030 roku. Liczba robi wrażenie, ale nie ona jest tu najważniejsza. Najważniejsze jest jedno słowo: wiążący. Chiński plan przesuwa całkowitą produkcję z OZE z 1,18 do 1,8 miliarda ton ekwiwalentu węgla. Ale najważniejsza liczba brzmi inaczej: wiatr i słońce, wsparte magazynami, mają do 2030 roku pokrywać 20 procent zużycia prądu w godzinach szczytu. Dokładnie tam, gdzie dotąd wchodził węgiel. Najciekawszy fragment dotyczy morza. Pekin zapowiada głębokowodne bazy wiatrowe w tym samym scentralizowanym modelu megabaz, w jakim na północy kraju rosną pustynne fabryki słońca. A obok turbin, pod wodą, centra danych. Serwerownie chłodzone morzem i zasilane wiatrem, który wieje tuż nad nimi. Chiny startują z pułapu, którego reszta świata nie dogoni prędko. Pod koniec 2025 roku miały około 1760 GW w wietrze i słońcu. O jedną trzecią więcej niż rok wcześniej. I blisko dwie trzecie mocy OZE budowanych na świecie. Zachód lubi patrzeć na chińskie pięciolatki z góry, jak na propagandę. Błąd. Różnica między Pekinem a Brukselą nie leży w wysokości celów. Leży w tym, że jedni traktują cel jak zobowiązanie, a drudzy jak deklarację, od której zawsze można się wycofać. I właśnie tę deklarację Bruksela świeżo odsłoniła. Komisja Europejska ogłosiła Plan Elektryfikacji. Europa ma być pierwszym „elektrokontynentem". Cel: podniesienie elektryfikacji zużycia energii z 23 procent, na których utknęła przez dekadę, do 46 procent w 2040 roku. Nagroda konkretna: nawet 260 miliardów euro rocznie mniej na import paliw kopalnych. Jest jedno „ale", i to zasadnicze. Chiński cel jest wiążący. Europejski tylko orientacyjny. A w tym samym pakiecie Komisja rozluźnia ETS: łagodniejsza ścieżka redukcji, darmowe uprawnienia przedłużone, osłony dla przemysłu rozciągnięte do 2038 roku. Pekin zaciska. Bruksela daje oddech. Obie strony wiedzą, dokąd idą. Różnią się tym, jak mocno wiążą sobie ręce po drodze.