W ostatnich latach samorządy coraz częściej mówią o aktywizacji mieszkańców, zdrowym stylu życia, integracji społecznej i budowaniu lokalnych wspólnot. Na konferencjach, w strategiach rozwoju i materiałach promocyjnych słyszymy o potrzebie wspierania aktywności fizycznej oraz tworzenia warunków do rozwoju sportu. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy za tymi deklaracjami powinny pójść konkretne działania i pieniądze. Sport amatorski wciąż pozostaje w wielu miastach traktowany po macoszemu. O ile na zawodowy sport, wielkie wydarzenia czy promocję poprzez kluby sportowe znajdują się często znaczące środki, o tyle lokalne inicjatywy mieszkańców muszą walczyć o każdy grosz. Organizatorzy biegów osiedlowych, turniejów siatkówki, rajdów rowerowych, zawodów pływackich czy marszów nordic walking regularnie słyszą, że „w budżecie nie ma pieniędzy”. A przecież właśnie tam, na poziomie lokalnym, rodzi się prawdziwa aktywność społeczna. To nie zawodowi sportowcy przekonują sąsiada, aby wstał z kanapy i wyjść pobiegać. Robią to pasjonaci, społecznicy i lokalne stowarzyszenia. To oni organizują wydarzenia, które integrują mieszkańców, uczą dzieci zdrowych nawyków i pokazują seniorom, że aktywność nie kończy się wraz z przejściem na emeryturę. Trudno zrozumieć brak woli finansowania takich przedsięwzięć. Koszty organizacji wielu wydarzeń amatorskich są niewielkie w porównaniu z wydatkami na promocję miasta czy utrzymanie administracji. Kilka lub kilkanaście tysięcy złotych może pozwolić na przeprowadzenie imprezy, w której udział wezmą setki mieszkańców. To inwestycja, która zwraca się wielokrotnie – w postaci lepszego zdrowia mieszkańców, mniejszych kosztów opieki zdrowotnej, większej integracji społecznej i budowania więzi lokalnych. Co więcej, sport amatorski nie ogranicza się wyłącznie do piłki nożnej. Wiele samorządów zdaje się zapominać, jak różnorodne są zainteresowania mieszkańców. Są biegacze, rowerzyści, pływacy, rolkarze, tenisiści stołowi, szachiści, wspinacze, miłośnicy sportów walki, żeglarze, kajakarze czy uczestnicy zawodów modeli sportowych. Coraz większą popularnością cieszą się także sporty dla seniorów oraz rodzinne wydarzenia rekreacyjne. Każda z tych grup tworzy społeczność, która zasługuje na wsparcie. Niestety, często można odnieść wrażenie, że dla części władz miejskich sport jest atrakcyjny wyłącznie wtedy, gdy można się przy nim sfotografować lub gdy przynosi medialny rozgłos. Codzienna, mozolna praca lokalnych organizatorów nie trafia na pierwsze strony gazet, więc bywa ignorowana. Tymczasem to właśnie ona buduje kapitał społeczny miasta. Pojawia się więc pytanie: dlaczego brakuje woli? Czy rzeczywiście chodzi o pieniądze? A może problem tkwi gdzie indziej – w braku zrozumienia roli sportu amatorskiego, w krótkowzrocznym myśleniu lub przekonaniu, że mieszkańcy i tak poradzą sobie sami? Jeśli tak, to jest to poważny błąd. Miasto nie powinno być wyłącznie administratorem ulic, chodników i budynków. Powinno być gospodarzem wspólnoty. Wspólnoty, która potrzebuje miejsc spotkań, okazji do integracji i możliwości rozwijania swoich pasji. Sport amatorski jest jednym z najskuteczniejszych narzędzi budowania takiej wspólnoty. W czasach, gdy coraz więcej mówi się o samotności, problemach zdrowotnych i braku aktywności fizycznej, wspieranie sportu amatorskiego nie jest luksusem. Jest obowiązkiem odpowiedzialnego samorządu. Każda złotówka wydana na aktywizację mieszkańców jest lepszą inwestycją niż dziesiątki tysięcy wydane na kolejne kampanie promocyjne. Bo silne miasto to nie tylko nowe inwestycje i efektowne budynki. Silne miasto tworzą aktywni mieszkańcy. A aktywni mieszkańcy potrzebują wsparcia, a nie kolejnych wymówek. Dlaczego tym razem również w wielu miastach nie udało się znaleźć pieniędzy na ich pasję?