Przychodzi pacjent do lekarza i… scenariuszy może być wiele. Nie chodzi tylko o diagnozę, zaordynowanie leków, ale też podejście samego lekarza do osoby, która pojawia się w gabinecie. Dlaczego wciąż pacjenci i lekarze natrafiają na ścianę? Jak rozmawiać i się słyszeć, nie odbierać nadziei? I co z wypaleniem zawodowym? – opowiada w rozmowie z Serwisem Zdrowie dr n. hum. Anna Jakubowska-Winecka, specjalistka psychologii klinicznej, kierowniczka Zakładu Psychologii Zdrowia w Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. Gdyby miała Pani naszkicować portret osobowościowy lekarza w Polsce, co by wyszło? Trudno mi opisać jakiś typowy profil osobowościowy. Lekarze są różni. Generalnie to zawód jak wiele innych. Rzemiosło. Fachowcy wysokiej klasy. Na słowo misja wielu z lekarzy krzywi się i uśmiecha, szczególnie tych młodszych. Z mojego doświadczenia wynika, że wiele osób wybiera medycynę dla pieniędzy i prestiżu, a nie z powodu powołania. Traktują oni ten zawód po prostu jak każdą inną pracę, która ma swoją specyfikę. Wymaga kreatywnego i twórczego podejścia, zasobów intelektualnych i oczywiście specjalistycznej wiedzy, ale to nadal praca od godziny do godziny. Z resztą trudno porównywać pracę lekarza rodzinnego z pracą neurochirurga albo anestezjologa w oddziale intensywnej opieki medycznej. Ale jeżeli rozmawiamy o systemie ochrony zdrowia, to mówimy o świadczeniach medycznych, usługach medycznych, procedurach. Każdy specjalista wykonuje swoje. Taki jest system. System rozlicza z wykonanych świadczeń. Taka perspektywa, że z drugiej strony siedzi rzemieślnik nie jest dobra dla pacjenta A kto powiedział, że ten system jest dobry dla pacjenta? Bardzo chciałabym, by tak było… Też tego chciałabym, ale to nie jest czas na ideały. Dopóki mówimy o publicznej ochronie zdrowia, to płatnik stawia określone wymagania i z tego rozlicza. Nie ma miejsca na sentymenty. Musimy się podporządkować, również my psycholodzy. NFZ nie pyta, czy jest to z korzyścią dla pacjenta. Może optymistycznie zakłada, że jest. Ale każdy, kto znajdzie się w tym systemie, wie jak bardzo jego potrzeby i nadzieje zostały niespełnione. Być może w pediatrii jest trochę lepiej, ale dla dorosłych to tylko świadczenia, a nie prawdziwa pełna opieka. Powróćmy jednak do lekarzy. Z jakimi problemami na co dzień się mierzą? Specjalizacja specjalizacji nierówna. Ale z drugiej strony może to nie zależy od dziedziny, którą lekarz sobie wybrał, ale bardziej od jego konstrukcji psychicznej? Zależy od wielu czynników, zarówno od indywidualnej konstrukcji, jak i od sytuacji zawodowej, która może sprzyjać rozwojowi, ale też tłumić osobowościowe predyspozycje i ambicje. Jeśli ktoś wybrał interesującą specjalizację, pracuje w dobrym zespole, ma wsparcie kolegów a nie ostrą rywalizację, ma zaufanie do swojego szefa, darzy go szacunkiem a nie tylko się go obawia lub co gorsza lekceważy, to ma szanse złagodzić lub uniknąć wielu uciążliwości, z którymi inni muszą się zmierzyć. Z moich doświadczeń wynika, że lekarze skarżą się na dwa problemy. Pierwszy polega na tym, że stykają się z niezadowoleniem pacjentów. Chorzy długo czekali na wizytę, długo siedzieli w poczekalni, liczą na to, że lekarz się nimi „zaopiekuje”. Zwykle są rozczarowani, bo lekarz nie ma czasu, aby wysłuchać problemów każdego pacjenta, spojrzeć na niego w kontekście jego sytuacji życiowej. Zawsze jest zapracowany, zawsze się spieszy. W czasie wizyty pacjenta w gabinecie, lekarz siedzi przed komputerem, wypełnia dokumentację, czasem nawet nie spojrzy na pacjenta znad ekranu. Dzisiaj pacjenci przychodzą do gabinetu już z jakąś wiedzą na temat swoich dolegliwości. Sięgają co prawda głównie do internetu, ale poszukują tej wiedzy, bo chcą się nią podzielić, przedyskutować. Jak dorosły z dorosłym. Rzadko zdarza się, że lekarz potraktuje ich po partnersku. Przeważnie lekarze są sfrustrowani takimi oczekiwaniami pacjentów, bo mają ograniczenia systemowe. Muszą koncentrować się na zrealizowaniu świadczeń, a nie na konwersacji. Mają bardzo wielu pacjentów. Pojawia się spore napięcie, czy „się wyrobię, czy się nie wyrobię”. I ta frustracja z upływem czasu w nich narasta. Coraz częściej mówi się o wypaleniu zawodowym lekarzy. Dużo badań wskazuje na to, że stopień wypalenia zawodowego wśród lekarzy jest wysoki. Na to się składa wiele czynników, też bardzo indywidualnych. Niezaprzeczalne jest to, że to stresująca praca, bo w rękach lekarza jest zdrowie, a nawet życie pacjenta. Sam stres zawodowy nie wystarcza do wypalenia. Na wielu wręcz działa mobilizująco. Niektórzy lubią pracować pod presją. Lubią wyzwania. A czym w ogóle jest to wypalenie? Wypalenie zawodowe występuje u osób, których profesjonalne działanie wymaga bliskich interakcji z drugim człowiekiem i pojawia się na skutek niepowodzeń w zmaganiu się ze stresem w pracy. Specyfiką tego zawodu jest ból, cierpienie, nieszczęście innych ludzi. I osoby wybierające medycynę zdają sobie sprawę, że będą musiały się z nimi zmagać. Myślę, że dodatkowym obciążeniem, który przyczynia się do wypalenia jest to, że lekarze pracują na dwóch, trzech etatach. Czują się wyrobnikami. Od godz.7.00 do godz. 19.00 czasem jeszcze nocne dyżury, nikt tego nie wytrzyma długo. A jakie są objawy wypalenia? Wypalenie jest procesem i zaczyna się od zmęczenia. Lekarz wraca z pracy, ma poczucie wykonanego dużego wysiłku. Nie pomaga mu krótkotrwały wypoczynek, a nawet dłuższy urlop. Wraca do pracy po udanym urlopie i od razu czuje się przeciążony. W efekcie następuje drugi etap, który jest reakcją obronną na przeciążenie – dystansowanie się, w tym przypadku od pacjentów. Polega to na tym na przykład, że więcej czasu lekarz spędza przy komputerze, mniej przy pacjencie. Albo, że podczas badania czy rozmowy z chorym, nie patrzy mu w oczy. Traktuje pacjenta standardowo, „bezosobowo”, bo wtedy łatwiej się nie angażować. Jednak pacjent potrzebuje zainteresowania, indywidualnego podejścia. Nie lubi być obojętnie traktowany. Wyraża swój sprzeciw. Czasem intensywnie domaga się uwagi. Traci motywację do współpracy i nie udziela prawdziwych informacji w wywiadzie, kiedy widzi brak zainteresowania ze strony lekarza. Traci zaufanie do jego kompetencji i nie stosuje się do zaleceń. Łatwo się domyślić, że taka postawa pacjenta zwiększa stres i frustrację lekarza. Zaczyna się więc trzeci etap wypalenia. Wchodzi się w cynizm. Za powstanie problemów zawodowych obwiniani są pacjenci. Lekarz mówi na przykład: „nikt mi nie płaci za to, bym z pacjentem rozmawiał”. Zaczyna krytykować pacjentów, oskarżać o złe intencje. Proponuje im „niech się przeniosą do innego szpitala, wybiorą innego lekarza”. Uruchamia się ciąg do wzajemnych pretensji: lekarze-pacjenci. Spirala niezadowolenia prowadzi „do ściany”, poczucia braku satysfakcji, bezsensu własnej roli zawodowej i chęci „ucieczki”, rezygnacji z pracy. A jeśli już wypalenie pojawia się, jak lekarz powinien je pokonać? Skrajne wypalenie trudno pokonać. Można zmienić pracę, pójść do innej placówki. Każda zmiana, która wybije lekarza z takiego marazmu jest dobra. Problem jest jednak taki, że przy skrajnym wypaleniu ludzie nie chcą podejmować żadnych wyzwań. Najlepiej oczywiście byłoby nie dopuścić do wypalenia dlatego, że ono bardzo mocno usztywnia człowieka. Tak, jak wspomniałam to reakcja obronna na stres, a on z kolei wydaje się nie do przezwyciężenia, więc uruchamiają się automatycznie psychologiczne mechanizmy obronne – dystansowanie, wycofanie. Do tego dołącza się zmęczenie. Taka osoba nie ma już najczęściej zasobów, by stawić czoła temu wypaleniu. Trudno samemu coś z tym zrobić. W innych krajach jest to często rozwiązane systemowo. Można pójść na dłuższe zwolnienie normalnie płatne. Podjąć terapię, by wrócić do pracy. Musimy sobie zdawać sprawę, że wypalenie bardzo dużo kosztuje świadczeniodawcę. I mówi się o tym zjawisku nie tylko dlatego, że lekarze czują dyskomfort, ale dlatego, że płaci się ludziom, którzy po wyczerpaniu zasobów nieefektywnie pracują. Dlaczego jedni lekarze wypalają się szybciej, a drudzy w ogóle…