„Kiedy gęsta mgła – tak jak dzisiaj – spowija mysłowicką Promenadę, ze strachem spoglądam tam, w tamtą dolinkę” – rozpoczyna swoją opowieść 80-letni Pan Wilhelm. Nie chce ujawniać swoich personaliów. Minęły już 73 lata od wydarzeń, których był świadkiem, ale strach pozostał do dzisiaj. „Niy chca mieć ôstudy” – dodaje po śląsku. „Zawsze patrzę czy nie snują się tam jakieś postacie, bo przecież najpierw był to obóz nazistowski, potem komunistyczny. Naznaczony cierpieniem i krwią wielu niewinnych ludzi. Nasłuchuję czy nie dochodzą stamtąd jakieś głosy – krzyki, płacze i jęki torturowanych więźniów” – tłumaczy. Mysłowicka Promenada. Miejsce związane z historią miasta. To tutaj od 1894 roku istniała Agentura Emigracyjna, którą prowadził spedytor kolejowy Max Weichmann. „Stację rejestracyjną dla wychodźców z Austrii, Galicji i Węgier” ulokowano początkowo w budynku kolejowym. Po kilku latach w sąsiedztwie wybudowano kompleks baraków, w których emigranci oczekiwali na wyjazd do Ameryki. Szacuje się, że w latach 1894‒1914 wyjechało przez Mysłowice z Europy 1,5 mln ludzi. W 1941 roku baraki te zostały wykorzystane przez władze hitlerowskie, które utworzyły w nim Policyjne Więzienie Zastępcze. Przylgnęła do tego miejsca nazwa „Rosengarten”, czyli „Ogród Róż”. Nie wiadomo skąd się wzięła. Dr Wacław Dubiański, autor publikacji „Obóz pracy w Mysłowicach 1945‒46” podaje dwie jej wersje. Jedna mówi, że przed wojną znajdowało się tam rosarium. Druga jest makabryczna. W obozie istniał bowiem tzw. kołowrót, czyli wał nabity gwoździami, do którego przywiązywano więźnia. Kręcenie kołowrotem sprawiało, że krew ofiary tryskała na ściany tworząc wzór przypominający płatki róż. W czasach nazistowskich przez obóz przeszło ok. 20 tys. osób. Byli to przede wszystkim członkowie polskiego ruchu oporu, więźniowie polityczni, ale również kryminalni. Policyjne Więzienie Zastępcze funkcjonowało do 26 stycznia 1945 roku. Następnego dnia do Mysłowic wkroczyła Armia Czerwona. Nie ma pewności kiedy mysłowicki obóz ponownie zaczął funkcjonować. Wiadomo, że jego pierwszy naczelnik – Tadeusz Skowyra – objął swoje stanowisko 8 lutego 1945 roku. Od tego momentu polskie władz komunistyczne szybko zaczęły zapełniać obozowe baraki. Najczęstszymi powodami zatrzymań był status Reichsdeutscha (obywatel niemiecki, który zamieszkiwał Rzeszę Niemiecką w latach 1871‒1945, czyli byli nimi mieszkańcy Górnego Śląska od przedwojennej granicy w Bytomiu w głąb Rzeszy), posiadanie I, II lub III grupy Deutsche Volksliste (DVL), współpraca z Niemcami lub przynależność do niemieckich organizacji (NSDAP, SS, SA, HJ, BDM), znęcenie się nad Polakami, denuncjowanie ich władzom niemieckim, służba w Wehrmachcie czy w Volkssturmie. Zdaniem dr Wacława Dubiańskiego nierzadko zdarzało się, że wykorzystywano sytuację do osobistych porachunków. Wystarczyło wskazać milicjantom na ulicy posiadacza volkslisty, by nastąpiło aresztowanie. Za obozowe kratki można było również trafić na przykład za nieoddanie radioodbiornika. Początkowo w statystykach obozowych widniała kategoria „Polacy”, którą w czerwcu 1945 roku zmieniono na: „AK” lub „NSZ” (Narodowe Siły Zbrojne), czyli do Mysłowic trafiała również opozycja antykomunistyczna. Aresztowania więźniów, którzy rzadko byli informowani o przyczynach zatrzymania, odbywało się na podstawie wykazów milicyjnych lub wydanych przez UB nakazów osadzenia. Nakazy sądowe lub prokuratorskie pojawiły się dopiero w sierpniu 1945 roku. Warto zauważyć, że Górnoślązacy, zamieszkujący przed 1939 roku autonomiczne województwo śląskie, musieli przyjąć jedną z czterech grup niemieckiej listy narodowościowej. Zrobiło to ponad 90% mieszkańców, z czego 2/3 uzyskała wpis do III (osoby mające posiadać pochodzenie niemieckie, które uległy częściowej polonizacji). Przyjmowanie DVL zostało również zaakceptowane przez polski rząd emigracyjny. Jeszcze w czerwcu 1945 roku biskup katowicki Stanisław Adamski stwierdził, że rząd ów „przez radio kilkakrotnie polecił zapisywanie się do niemieckiej listy narodowej, a nie zdrady”. „W kamienicy obok nas mieszkał 70-letni Müller, który został zabrany do obozu dla volksdeutschów na Promenadzie” – opowiada 80-letni mysłowiczanin Edward Kramarczyk. „Było to ok. 2 km od naszego domu. Przez kilka dni, po lekcjach, czyli ok. godz. 13.00 chodziłem z bańką zupy do Müllera. Strażnik był opłacony przez żonę sąsiada. Do obozu prowadziła brama, obok niej stał mały budyneczek – stróżówka, dla otwierającego i zamykającego polskiego żołnierza”. Czesław S. strażnik i wartownik tak opisał swoje miejsce pracy: „Byłem wyposażony w karabin maszynowy MG 42, kbk, rakietnicę i granaty. Na wieżyczce był ponadto zamontowany reflektor”. Erwin Sommer widział, jak paczki dostarczane więźniom do obozu, strażnicy rzucali w tłum ludzi. Z kolei Agnieszka Mazurek, której ojciec był więźniem obozu, pamięta inny obrazek. Tłum kilkudziesięciu osób pod bramą z paczkami dla najbliższych i odmowne gesty strażników. Kiedy jednak ojciec zaczął pracować przy układaniu szyn, strażnicy za bimber lub papierosy, pozwalali go dożywiać. „Pewnego, majowego dnia po raz kolejny wybrałem się z bańką zupy dla naszego sąsiada. Szedłem po przeciwnej stronie kościoła ewangelickiego, gdy zauważyłem dwukołowy wózek przykryty plandeką, który ciągnęło dwóch chłopców – 15‒16-letnich. Podeszła do nich jakaś kobieta i podała im bochenek chleba. Chłopcy go rozerwali i szybko schowali za koszule. Nagle zauważyłem polskiego żołnierza w zielonej kurtce, który wyciągnął pejcz. Jeden z młodzieńców uwolnił się z uprzęży i schował za wozem. Drugiemu to się nie udało. Żołnierz zaczął bić chłopaka. Ten początkowo bardzo wrzeszczał, a potem zemdlał i upadł na ulicę. Obserwujący tę scenę ludzie zaczęli krzyczeć, a żołnierz wyciągnął pistolet i ostrzegawczo strzelił w powietrze. Wszyscy się rozeszli. Jeden ze stojących mężczyzn wziął leżącego na ulicy chłopaka i jak piórko wrzucił go pod plandekę. Nie czekałem co będzie dalej tylko przyśpieszyłem kroku w kierunku obozu”. Jak z kolei napisał w swojej publikacji dr Wacław Dubiański, powołując się na zeznania świadków, kontakt z więźniami w czasie przemarszu był utrudniony. Zofia P. o mało co nie zginęła, kiedy próbowała porozmawiać z ojcem. Więcej szczęścia miała Waltrauda Dittrich. Czasami mogła zamienić parę zdań z ojcem prowadzonym w kolumnie do pracy. Wszystko zależało od strażników. Dr Wacław Dubiański wspomniał również, że funkcjonariusze obozowi często zatajali fakt śmierci więźnia. Powód był jasny. Dalej odbierali paczki z żywnością dla osadzonych. Edward Kramarczyk codziennie nosił bańkę z zupą dla sąsiada Müllera. Po incydencie na ulicy dotarł do obozu. „Müller już czekał pod bramą. Dałem mu bańkę z zupą. Usiadłem na kamiennym schodku stróżówki. Pamiętam, że za bramą było czyściutko, nie było żadnej trawki. Zapytałem strażnika kto tu tak sprząta, a on odpowiedział: ‚Bo oni wszystko zeżrą. Nawet krzaki zeżarli’”. Głodowe wyżywienie było przyczyną wielu zgonów. Śniadanie składało się z kromki czarnego chleba, kubka czarnej kawy zbożowej lub ciepłej wody z mąką. Na obiad więźniowie otrzymywali zupę z brukwi z kawałkami zepsutych buraków, kaszę i trochę warzyw, zupę z ziemniakami w łupinach lub z obierkami z ziemniaków. Kolacja składała się z kromki chleba i czarnej kawy. Czasami w ogóle nie otrzymywali posiłku. Warunki panujące w obozie były dramatyczne. Początkowo prycze nakrywano szmatami, które wyrzucono gdy uległy zawszeniu. Od tej pory więźniowie spali na gołych pryczach. Tylko raz w ciągu dnia wyprowadzano ich do ubikacji. Dodatkowe załatwianie się zależało od zgody strażników. Zatem niejednokrotnie za toaletę służył postawiony w więziennej celi kubeł na odchody. Dwa-cztery razy dziennie organizowano apele. Czasami również nocą. Trwały one kilka godzin. Nie pozwalano się myć, a pojawiający się brud służył rozprzestrzenianiu się robactwa – wszy i pcheł. W licznych zeznaniach pojawił się również wątek bicia więźniów. Paweł Fuchs i Henryk S. stwierdzili, że nie widzieli aktów przemocy…